|
poniedziałek, 08 lutego 2010
milczę
bo mam sesję. Oraz w zeszłym tygodniu spadłam ze schodów tuż przed zaliczeniem z muzykologii. Zdałam na pięć koma zero, czyli całkiem przyzwoicie jak na roztrzęsioną postać z obtłuczonym prawym bokiem. Zważywszy, że podczas lotu traciłam świadomość, niektórzy twierdzą, że miałam wstrząs mózgu. Póki co, czuję się dobrze, nie mam zaników pamięci i nie wygaduję głupot. Jedynie wyglądam jak ofiara przemocy domowej. Gdy się rozbiorę.
wtorek, 26 stycznia 2010
otóż.
Szaleństwo cieszy się pewnym autorytetem. Gdy rozum pogrąża się w pomroce, przyjmuje się, że człowiek zaczyna obcować z twórczymi siłami, od których z dala pozostaje za sprawą natury intelekt. Roland Jaccard: "Szaleństwo" Być może jedynymi szaleńcami są ci, którzy szaleńcami nie są. Prawdziwi szaleńcy śmieją się szaleństwu w nos: nie zachodzi ich od tyłu; nie jest intruzem, jest lokatorem. Tamże Jeśli spędzę piąty dzień z rzędu nad etnopsychiatrią, schizofreniami, depresjami, nerwicami, psychozami, przeniesieniami i szerokorozumianym szaleństwem to najpierw sama sfiksuję, a później się porzygam. Lub odwrotnie. ___________________________ Z poważaniem, literatka - studentka
20:01, pusta_literatka ,
literatka znów na uniwersytecie, czyli nie miała baba kłopotu, kupiła se prosię
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 stycznia 2010
piątkowo. bezrybnie.
Tydzień mi minął dość niepostrzeżenie. Trochę byłam w żałobie po rybce, trochę pracowałam, trochę się uczyłam. Odhaczyłam także duszpasterską wizytę księdza oraz wizytę u babci dziś, w dniu dziadka zasadniczo. Podarunkowo wiodły PRYM PRYMulki wraz z kremem przeciwzmarszczkowym na noc marki farmona. Poza tem mam:
Bo ona przyjdzie, tak?
czwartek, 14 stycznia 2010
"w rzece Heraklita ryba wymyśliła rybę nad rybami".
Dziś przymknął oczy Amoll - brat Bemola. Doniesiono mi, że jest już po ceremoniach pogrzebowych. Nie dopytałam tylko, czy nastąpiła kremacja czy tradycyjny pochówek kanalizacją miejską. Cóż, dzieci i ryby głosu nie mają. Kyrjeelejson.
środa, 13 stycznia 2010
problematyka natury studenckiej.
Nie napisałam, jak spędzałam Sylwestra. Otóż we szpilkach krwiście czerwonych w których wyglądałam jako ta Julia Roberts na rozdaniu Oscarów. Oczywiście, że niewygodne były. Zdjęłam je toteż tuż po północy, przepraszając się ze starym i mało zjawiskowym obuwiem chyba z czasów studniówki jeszcze. I się nie upiłam. Dla jasności. Nowy Rok 2010 miał mnie przywrócić do świata żywych, tymczasem ciągle żyję w jakimś letargu. I w stresie na domiar, ale to jakby mój przemyślany (?) wybór był. Z tymi studiami. Sesję mam bowiem. I kto miał, ten wie. Okazuje się, że praca na fulltajm w połączeniu z piątkami w indeksie jest nieco ponad moje siły. Kuźwaaa, na nic czasu nie mam. A tu pięć prac zaległych. A tu trzy na sobotę. A tu dwie na niedzielę. A tu fotoesej. A tu recenzja. A tu test otwarty. A tu test zamknięty. O egzaminach nie wspomnę. Ponadto pod oknem mym wspólnota mieszkaniowa zainstalowała przecudnej urody wiatę. Po co to, nie wiem, ale po pierwsze utrudnia mi widoczność zaokienną, po drugie topniejący na dachu budynku śnieżek dość jednostajnie pokapuje na ów wiatrołap, co mnie wk***, denerwuje znaczy. A, i tato kupił łyżwy. I on w tych łyżwach na razie chodzi po pokoju. Bo się przyzwyczaja. I jak ja mam się uczyć w takich warunkach? :>
wtorek, 12 stycznia 2010
No ludzieee!
Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek zacznie namawiać mnie na zakup kozaczków zimowych ze sporym obcasem, to uprzedzam, że ochoczo wyślę doradcę imidżu na bambus tudzież inne ciepłolubne drzewko. Luuudzieee! Zima. Zasypane wkoło. Ja z opatrznością boską we Wrocławiu. Wrocław bez tramwajów, ze sporadycznymi kursami autobusów miejskich. Ja z torbą i w kozakach. Po tych muldach zasolonych, po tych zaspach po pachy. Śnieg. Wszędy. Na chodnikach. Na ulicach. Ja w kozakach. Luuudzieee! Po jednym dniu wróciłam na moje Pituchowo pociągiem (bo pekaesy odwołane) z pęcherzami na śródstopiu. No bo kto w kozakach się wybiera na taką eskapadę śnieżną? No kto?! No ja :> Wracam, a tu mnie się proponuje wycieczkę samochodową: No luuudzieee!
wtorek, 05 stycznia 2010
BLIP 7.
Od dobrych kilku lat nie czynię noworocznych postanowień.
niedziela, 03 stycznia 2010
3 stycznia 2010 roku.
Drugi dzień roku zainaugurowałam totalnym bezklasiem, czym chwalić się nie należy. Źle mi z tym, na samą myśl dostaję pąsów i ogólnej awersji do samej siebie. Niemniej czasem bezklasie generują w nas ludzie. A konkretniej mężczyźni. Nie żebym teraz szukała winnych, choć po prawdzie wiem, co mówię. Kontynuując zaczątek, dziś dokonam drugiego bezklasia. Bardzo świadoma. Świadoma, że hej! Nie wiem, co będzie potem, nie wiem też, co na ten temat sądzą wybitni psychologowie hamerykańskiej szkoły behavioryzmu, funkcjonalizmu i percepcjonizmu. Ale jak mawiają starożytni górale, albo rybka, albo pipka.
piątek, 01 stycznia 2010
z nowym rokiem
nowym krokiem. A krok zachwiany, bo z odciskiem. Także życiowym. ________________________ Najlepszego!
wtorek, 29 grudnia 2009
westchnienia poświąteczne.
Muszę urodzić rodzicom kilka wnuków, bo coraz mniej wokół nas dzieci, co z kolei napawa smutkiem. Albo choć kilka yorków bez rodowodu (bo taniej) zanabyć, co hałasu narobią i zjadłszy plasterek grubo krojonej szynki, rozboli je brzuch i wszyscy będą nad nimi kwilić bezradnie. W szopce przy choince oprócz bożej rodziny i zwierząt parzystokopytnych mamy króli. Sześ-ciu. Bo mama kupiła 2 komplety. W promocji były. W drugim dniu nieco sponiewierał mną gin z tonikiem, przez co niedzielę miałam mglistą percepcyjnie. Byłam też po raz pierwszy na lodowisku, gdzie nie obiłam sobie dupy tylko dlatego, iż zaryłam kolanami. I proszę mi nie wmawiać, że jak sie umiii na rolkach to sie umiii na łyżwach, bo TO TO samo. Otóż To nie To samo, mili Państwo i nie dajcie się na TO nabrać. Na sylwestra nie mam jeszcze kreacji ani pomysłu na tęże. Cekiny chyba pójdą w ruch wraz z brokatem dwubarwnym i taka kiczowata wkroczę w 2010. Mróz znów nadciąga.
poniedziałek, 28 grudnia 2009
[...]
nad nami śmieszność i zawzięte słowa
środa, 23 grudnia 2009
przysięgi i inne dyrdymały, co się literatki imały.
Z powodu, że idą święta, to ja mam kilka uwag organizacyjno-spostrzegawczych. 1. Przysięgam na wszystkich świętych tureckich, że prezenty podchoinkowe w następnym roku kupię już w okolicach wakacji. 2. Podczas doboru podarków, zaopatrzę się uprzednio w sensowną listę potrzeb bliskich, by potem nie latać jak opętana po wszystkich sklepach, łącznie z gospodarstwem domowym oraz narzędziowym. 3. W trakcie czynienia zakupów podchoinkowych kierować się li i tylko dobrem obdarowywanego, eliminując tym samym zachowania egoistyczne, które nakazują kupić sobie jeszcze jedną bluzeczkę tudzież paseczek do kolekcji. 4. W slalomie między półkami starać się nie strącać eksponowanego asortymentu, bo utrudnia to pracę pań sprzedawczyń wystarczająco już wk*** na cały ten nasz konsumencki światek. Tyle przyrzeczeń solennych, teraz czas na menu. 1. Kutia Reszta jutro. Muszę wrócić do zakupów, bo mnie się przypomniał jeszcze jeden dość ważny punkt. 5. Zakupiwszy prezent maminie, nie zostawiać go bezmyślnie u koleżanki, co to ma na głowie przeprowadzkę plus wór wypchany ponczo-płaszczem, którego nie można odebrać nim zabłyśnie pierwsza gwiazdka. Ponadto mamy nową choinkę i kilka nowych gadżetów doń. Między innymi parę metrów zrolowanej organzy, na którą mamusia mówi orgazma i nijak nie idzie jej oduczyć. Jak poupychałam w nią (w choinkę, nie mamusię) kwiatki a'la gwiazda betlejemska to piękny mi wieniec wyszedł, tyle że mniej owalny. Babci się podobał. A raczej podobała, bo o choince mowa. Do tego stopnia podobała, iż babcia postanowiła udać się do domu własnego celem przeorganizowania swojego drzewka na naszą stylistykę. Daliśmy jej szpic, bo nowy mamy, choć ja chciałam bez. Odpukać, do tej pory nikt mi nie posłał drogą SMS-ową smacznej kiełbachy, śniegu po pachy i innych rzewnych rymowanek, po których mam poważne dylematy natury społecznej w konfiguracji nadawca - odbiorca. A'propos społeczności, to jedną bardzo cenną znajomość już odkopałam. Na dniach zamierzam odkopać resztę. Potem zbiorę to wszystko do kupy i popełnię fotoesej lub choć felieton o moich nieumotywowanych alienacjach.
niedziela, 20 grudnia 2009
brrrrrr.
Leżę w łóżku. Odziana w podkoszulek w kolorze spranego beżu oraz we wściekle różowe skarpetki wełniane babcinej roboty. Przez weekend wymarzłam się bowiem jak Azor przy budzie, jak bezdomny w Katowicach, jak interwencyjny robotnik drogówki. Tak mniej więcej. Bo aura aurOM, a imprezę dwudniowOM plenerowOM w grudniu trza było wyczarować. Bo taki sektor publiczny. Bo lud chce rozrywki. Choćby przy osiemnastu gradusach na minusie. Grzaniec góralski oraz grzaniec starotoruński pomagał, nie powiem i polecam. Z pomarańczOM. Ubiór na cebulę chyba niewiele zdziałał i krępował ruchy, więc nie polecam. Stopy mi pachnOM piernikiem. Dłonie imbirem. A kołdra owcami. Z juhaskim pozdrowieniem, hej! beeee :>
środa, 16 grudnia 2009
ogłoszenie matrymonialne.
Mamusia w sposób niedosłowny daje mi do zrozumienia, że na mnie już pora... gromadzi mi toteż posag. Dziadziuś mój (świętej pamięci) też za żywota postanowił zadbać o moją przyszłość, kupując drogą podobną, co mamusia gary ze stali nierdzewnej, szlachetnej, z pięcioma dnami pewnej szwajcarskiej firmy, za które wywalił chyba ze sześć emerytur. Jakoże to również prezent weselny - nie dostałam go do rąk własnych, bo wiadomym jest, że literatka to panna. Podstarzała zasadniczo. I we welonie po ślubnym kobiercu jeszcze nie stąpała. Mam też kołdrę plus dwie poduszki plus kapę. Ale nie, że pierzynę ze wsypem z piór gęsich, co jak się ją naciągnie pod brodę, to się jest przykrytym samą poszwą, bo całe opierzenie ptactwa idzie w nogi. Nie! Mam zestaw z ekologicznych, antyalergicznych merynosów norweskich, proszę Papaństwa, jeno używać go nie mogę z powodu jak wyżej. Zima idzie. Zimno pod kołdrą. Szukam męża. Mąż nie może być cudzy ;>
piątek, 04 grudnia 2009
za co kocham moją rodzinę.
Za to, że w ciągu kilku godzin potrafią wykonać setki wzajemnych telefonów celem zebrania się w kupę, by pojechać 500 km na pogrzeb. Zmarł mi wujek. Ogniwo od strony Dziadka. Góral z krwi i kości. Dużo mówił, dużo pił. Gdy pił, mówił niewyraźnie. Hulaszcza postać. Jak wszyscy od nich. Pamiętam, że na wesele kuzynki jechaliśmy busem z pijanym komendantem policji, jego kolegą po fachu. Wszyscy, o dziwo, przeżyli. I czereśnie pamiętam. W niedzielę powspominają go nad tłustym rosołem. Wypiją wiadro wódki. Wszyscy zgodnie stwierdzą, że zmarł na wylew.
wtorek, 01 grudnia 2009
noszę kalosze.
Bliskie mi 12-letnie dziewczę w takież to opisy przyozdabia swój profil na jednym z portali społecznościowych: "Nigdy mnie nie kochałeś, zbędne nadzieje mi dawałeś :[". Yyy, porozmawiać z dziewczęciem? Porozmiawiać z mamą dziewczęcia? Z nikim nie rozmawiać, tylko zająć się szydełkowaniem szalików na zimę? Bo nadciąga. Ta zima. Ponadto przyszły dziś do mnie cztery butki, z czego w dwóch paraduję po pokoju i uśmiecham się to do nich, to do siebie. Dziecięca radość. Niczego więcej. Żadnych innych oczekiwań klimakteryjnych. Natenczas.
poniedziałek, 30 listopada 2009
dedykacyj-nie.
Witkacy w jednej ze swoich sztuk powiedział: Żywię toteż nadzieję, że tak się stało w przypadku pana X (bo nigdy nie raczył się kulturalnie przedstawić), który łatając osobiste kompleksy w zjadliwych komentarzach*, podreperował zwoje własnego mózgu. Na zdrowie. __________________ Ponadto jak na poniedziałek, czyli innymi słowy pierwszy dzień tygodnia, czuję się jakoś wyjątkowo umęczona, że aż strach pomyśleć, cóż dalej ze mną będzie. Jedynie przy życiu trzyma mnie wizja przesyłki, którą to wkrótce przytaszczy mi kurier pod wąsem. __________________ * ten wybitnie popisowy usunęłam, bo mój cyrk, moje małpy, tylko klaun okazał się intruzem.
piątek, 27 listopada 2009
"żeby nie bolało" Marcela Łozińskiego.
Od tego filmu zacznę moją studencką kategorię. Nie przypadkowo zresztą... "Żeby nie bolało" odpowiada niezwykle prosta, wyciszona, łagodna kobieta o męskich rysach. "Tak żyć, żeby nie bolało" - mówi Urszula Flis, bohaterka dokumentu Łozińskiego. Czyż jej maksyma nie powinna być busolą dla wielu ludzi? Czyż nie powinno się jej cytować tak, jak cytuje się Twardowskiego, Kołakowskiego czy Norwida? Bo cała siła tej kobiety, która zdecydowała się na wiejskie życie wśród kłosów żyta i zwierzyny domowej, tkwi właśnie w prostocie. Prostocie przeplatanej fikcyjnym światem książek, do którego bohaterka ucieka w samotne wieczory. Ucieka, alienuje się, chadza po gościńcach Anny Kareniny, karmi się innym, może lepszym życiem po to, by rano znów wrócić do swojego rytmu. Nie, ona nie tkwi w ułudzie. Nie oszukuje się. Nie epatuje apoteozą wiejskiej sielanki niczym Janek Kochanowski. Ale jest świadoma. Mocno świadoma własnych ścieżek. I można by wywody snuć nad szczęściem czy nieszczęściem bohaterki. I wytaczać coraz cięższe argumenty nad winą wścibskiej dziennikarki, usiłującą bezopardonowo ciągać kobiecinę jak kozę na postronku. I celować z magazynku pełnego oskarżeń. Tylko po co? Bohaterka czerpie z kultury tyle, ile potrzebuje. Dobrze jej z tym osobistym dozownikiem. Prawdopodobnie jest też szczęśliwa. Bogata wewnętrznie i zapuszczona fizycznie. Taki jej urok. ________________________ Film jest trudno osiągalny, ale jeśli ktoś z Was będzie miał możliwość zderzenia się z nim, to polecam. Warto poświęcić mu zegarową godzinę. By...
21:53, pusta_literatka ,
literatka znów na uniwersytecie, czyli nie miała baba kłopotu, kupiła se prosię
Link Komentarze (12) »
wtorek, 24 listopada 2009
to może teraz o ogórkach? ;>
Według niektórych mych Cerberów gracianych pytajnik o kapustę był totalnie bez kontekstu, przez co nie bardzo wiedzieli, co autor, czyli ja, miał na myśli. Druga reakcja to ubaw. Trzecia to usilne wyszukanie tego cholernego podtekstu. Bo skoro we wcześniejszym wpisie nalatuję na facetów, to w kolejnych powinnam się konsekwentnie trzymać ram i jechać z koksem dalej. No i zasadniczo to mogłabym, bo i mam w tej tematyce (z racji słusznego wieku) tyle samo doświadczeń, co i daleko idących wniosków, tylko ostatnio wyczytałam w jakimś uczonym artykule pióra pociotków Freuda, że gdy się intensywnie myśli o czymś tuż przed snem, to to się przyśni. Więc Państwo pozwolą, że ja pomyślę o niespożytym do tej pory bożolę, mimo iż świecka tradycja od kilku lat nakazuje, by spożywać. Może nadrobię wszystko we śnie, gdzie sakramencko pijana odtańczę kankana. I aby do rana. Acha, a w gościach nocną porą potraktowałam paznokcie lakierem, który w świetle dziennym okazał się różem nad różami, przez co połowę zajęć przesiedziałam, trzymawszy dłonie pod dupOM.
niedziela, 22 listopada 2009
|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Na afiszu gazety.pl
Tu można słać petycje, konkluzje oraz ogłoszenia matrymonialne.
|