Wyprzedaż faktów i konfabulacji. Hurtowa, detaliczna, na wagę i w szczapach. Zwrotów nie przyjmujemy. Za wyjątkiem wyjątkowej niestrawności. Przewidziane gratisy.
środa, 31 stycznia 2007
empik.

Tu mi dobrze po ciężkim dniu.

Zapadam się w pierońsko wygodne sofy i czytam, czytam, czytam. Obłożona "osobowością ćmy", "sprawiedliwością owiec", "pamukiem", "domem nad rozlewiskiem" łakomie rozglądam się po półkach. Zatrzymuję wzrok na Bułhakowie, idę oczyma alfabetycznie - tego nakazują uginające się pod ciężarem liter regały.

Obserwuję też ludzi. Starszy pan w trampkach i garniturze (wygląda mi na naukowca), gimnazjalistka (?) z dredami wyłożona wzdłuż półki "literatura zagraniczna A-D", mama z dzieckiem, które skacze jak opętane po bordowym pufie, wydając z siebie raz po raz mało werbalne okrzyki (przypuszczam, że pani czyta poradnik na temat okiełznania nieznośnego malucha a może o bezstresowym wychowaniu - ot skutki!)

Na sofach rotacje - tylko ja nieruchoma. Wchłaniam zapach książek, zczytuję z nich słowo po słowie, okradam z liter.

Wychodzę bogatsza literacko, z pismem "akant" pod pachą.

__________________________________

A jak mnie kiedyś z domu wyrzucą za całokształt, to ja poproszę o kawałek przestrzeni o wymiarach 2 na 2 na drugim piętrze. Tylko błagam, nie przy ekonomii. I przy romansach też nie.

17:58, pusta_literatka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 30 stycznia 2007
ładny gips!

Dziś słów kilka o niefortunnym upadku premiera naszego powszedniego. Pośliznął się, upadł i złamał rękę.

A ja się grzecznie zapytuję: no i co z tego?! Bo jakoś, mimo mocno rozwiniętego zmysłu empatii, nie dostrzegam dramatu medialnego.

Pragnę przy tym donieść, że mój tato pół roku temu także złamał lewą kończynę górną. Incydent był o tyle poważniejszy, że doszło do złamania z przemieszczeniem. Nie przyjechała telewizja, nie było paparazzich, prasa lokalna też się nie pofatygowała a jedyne zdjęcie, jakie mu zrobiono, to rentgenowskie. I to na dobrą sprawę nie jemu, a ręce. Tej chorej. Chyba :P Tato był na tyle dzielny, że kazał sobie kończynę unieruchomić linijką (tak tak, plastikową, 20 cm, koloru pomarańczowego - wiem, bo sama występowałam w roli chirurga!) Z linijką przeczekał do poniedziałku, coby lekarzom nie truć w weekend (heh, przysięgam, STOIK!)

A tu halo na skalę światową. Ja rozumiem, postać ważna. Po Bogu to chyba nawet najważniejsza (a może jego brat? nie wiem, niech to sami między sobą ustalą), ale bez przesady. Ostatecznie ma jeszcze sprawną drugą rękę, którą spokojnie nadal może głaskać naród pod włos, a wieczorami nieco czulej osobistego kota. Żony, jak wiemy, pan premier nie posiada ;)

17:07, pusta_literatka
Link Komentarze (5) »
niedziela, 28 stycznia 2007
niedziela.

Ktoś kiedyś powiedział (nie pamiętam kto, ale niewątpliwie był mądry), że

"najlepsze w niedzieli to sobota wieczór".

I ja się z tym absolutnie zgadzam! Bo ja nie lubię niedziel! I tak mam od małego!

Oj wiem, że gdybym miała męża i dzieci, to skończyłyby się moje dylematy. Wiem! Wówczas pół dnia siedziałabym w kuchni nad rosołem, schabowymi i swojskim kompotem a drugie pół na sankach, nad puzzlami i innym lego. Dzięki Bogu tak nie jest. Jest jeszcze gorzej.

Od poniedziałku do soboty funkcjonuję normalnie, nooo prawie ;) Wstaję o przyzwoitych porach, chodzę do pracy, dużo czytam, dużo piszę, udzielam się towarzysko, mam tak zwaną chęć do życia. W niedzielę jak rę-ką od-jąć! Leniwa, skapcyniała, sflaczała. Śpiąca, marudna, trudna.

Więc w związku ze związkiem ja się teraz oddalam w celu cichutkiego skonania w dowolnym kącie własnego pokoju. Na płycie nagrobnej proszę mi wyryć: "Zeszła z nudów. Sama sobie winna".

Amen.

________________________

P.S. W tv monotematycznie reklamują jakiś nowy polsatowski serial. "Poczuj więzienie na własnej skórze". Hmm... na własnej skórze to ja zdecydowanie wolę czuć zapach opium tudzież skórę JeszczeNieMęża. No ale to rzecz gustu, jak widać.

17:32, pusta_literatka
Link Komentarze (6) »
piątek, 26 stycznia 2007
ja, krowa i szafa, czyli absurdalne trio.

Rzeźnia nr 5. Dwie krowy.
- Dzień dobry, jestem Krasula.
- Witam. Mećka.
- Pierwszy raz w rzeźni?
- Nie, kurwa drugi.

No! A ja dziś jak ta krowa z kawału! Jakbym pierwszy raz w ogóle była w mieście, pierwszy raz przechodziła na światłach, pierwszy raz słyszała język angielski, pierwszy raz robiła zawodowo to, co robię! Wszędzie jakoś tak  kulawo!

Reprymendę od naczelnej dostałam. Łepetynę spuściłam. Humor straciłam.

A teraz słów kilka do pani reżyser Marty Meszaros, której nazwisko pisze się z dwoma akcentami (nad literką e oraz a).

Gdyby Pani łaskawie spolszczyła swoje miano, choćby na wzgląd męża Polaka i tego, iż w Polsce Pani mieszka, to ja nie miałabym dziś w pracy kłopotów!

_________________________________________

 

A już się bałam, że coś ze mną nie tak. Że tej zimy to będę niepokojąco pogodna i poukładana.

21:32, pusta_literatka
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 stycznia 2007
wszędzie Kapuściński.

W Empiku na sofach czytelnicy z Kapuścińskim w dłoniach. Prawie wszyscy. Zbiorowa próba ludzkości zbliżenia się do kogoś, kto odszedł.

Odszedł, zostając. 

Bo jak sam kiedyś powiedział:

"Przetrwa ten, kto stworzył swój świat"

22:10, pusta_literatka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 stycznia 2007
maturalny polot.

Dziś zadzwoniła do mnie w sprawie korepetycji pewna maturzystka. Oto temat prezentacji, proszę Państwa:

 

Obraz kosmity w tekstach literackich.

Cóż... za moich czasów (czyli nie aż tak dawno temu!) w pracach wiodły prym próżne Łęckie, szalone Wallenrody i im podobne Kordiany, romantyczni Werterzy, cierpiące Izoldy, waleczni Rolandowie, Kmicice, Robaki. Czyli cały kolaż miłości, przyjaźni, moralności, patriotyzmu, śmierci, roli domu, roli przyrody, roli narratora, roli roli w "nad Niemnem" tudzież w "chłopach"...

 

Ktoś chętny? Najlepiej polonistka, najlepiej doświadczona i najlepiej z Wrocławia... Bo ja wycofałam się rakiem bezpardonowo. W dużej mierze z lenistwa. Jakoś nie uśmiecha mi się całe wieczory spędzać nad Sapkowskim, Ludlumem, Tolkienem i im podobnym.

Kto wie zresztą, czy dla dobra nauki, nie musiałabym się zapisać do Związku Ufologów Polskich.

 

Nie, nie. Dziekuję. Moje wewnętrzne kuriozum w zupełności mi wystarcza!

___________________________________

 

 Maturzystce gratulujemy nietuzinkowości i polotu, życząc jej rychłego znalezienie belfra. W celu bardziej wnikliwych obserwacji zaleca sie tejże regularne spacery na Pola Marsowe.

19:52, pusta_literatka
Link Komentarze (7) »
sobota, 20 stycznia 2007
"z powodu utrudnionych warunków..." !

Dworzec PKP Wrocław. Ruch jak w Rzymie. Z megafonu rozlega się co chwila komunikat o opóźnieniach pociągu takiego_a_takiego do stacji takiej_a_takiej. Podróżni wściekli w przeciwiństwie do miłego głosu pani z megafonu. Ja też nie do końca zadowolona, bo: a) wystałam się za biletem ok. 20 minut! b) intuicja mi mówi, że mój pociąg też wyruszy stąd z poślizgiem. Jak pomyślałam, tak się stało. "Z powodu utrudnionych warunków atmosferycznych pociąg relacji Wrocław - Łódź Kaliska przez miasto X będzie opóźniony o 20 minut od planowanego odjazdu. Opóźnienie pociągu może ulec zmianie". I rzeczywiście ulegało zmianom jakieś sześć razy, z czego wydłużyło swój odjazd o 90 (słownie dziewiećdziesiąt minut!) Wreszcie podstawiają, chcę się już pakować do pierwszego lepszego wagonu a tu słyszę: "Z powodu utrudnionych warunków atmosferycznych opóźniony pociąg z Wrocławia do Łodzi Kaliskiej w dniu dzisiejszym pojedzie trasą okrężną przez Rawicz, Leszno". Jak to kurna trasą o-kręż-ną? A co z miastem X?! Lecę do konduktora,ten macha bezradnie rękoma, mówi, że do miasta X nie da się dojechać, bo trakcje zerwane i w ogóle to "nie słyszała pani o wczorajszych wichurach?!" - patrzy na mnie jak na idiotkę, która nic nie wie o bożym świecie. "Nie nooo, słyszałam, nawet miałam okazję siedzieć cały wieczór po ciemku, bo światła nie było w związku z wichurą" i odchodzę.

Zła. Ze złości płaczę (zawsze tak mam!). Jest mi zimno, bo na peronie wiatr skutecznie przeleciał mnie wzdłuż i wszerz. Spazmuję do słuchawki, JeszczeNieMąż obmyśla na trzeźwo plan B, a plan B brzmi tak, że kupuję bilet do innego miasta, z którego on mnie odbiera i zawozi do siebie hen.

W holu kolejki jak stąd tam. Ustawiam się pokornie w którejś z nich, by zwrócić bilet, wyszarpać kasę i kupić kolejny do innej stacji. Po 20 minutach pani /starszy kasjer/ wbija mi pieczątkę na bilecie, odnotowuje, że z powodu utrudnionych warunków atmosferycznych... i bezceremonialnie odprawia do innej kasy, w której to wypłacą mi gotówkę. A inna kasa podobnej długości.

No ja pier***!!! Kulminacja!

Ja rozumiem. Huragan. Żywioł. Bunt natury. Ale nieprzewidywalności PKP to już nie pojmę! Bo skoro linie zerwane są od wczoraj, to kiego grzyba sprzedają bilet do stacji X, wiedząc, że tam pociąg nie dojedzie, bo fizycznie nie ma takiej możliwości?! Po kiego grzyba utrudniają sobie przy tym pracę?! Sprzedają bilety, które i tak wszyscy hurtowo za parę godzin będą zwracać! W dwóch od-dziel-nych kasach. Bo na stworzenie jednej nikt nie wpadł!

Mam jeszcze pół godziny. Wbijam się komercyjnie do dworcowego McDonalda, racząc się cappucino z komercyjnego kubeczka. Tam równie tłoczno jak na zewnątrz, więc powoli rozważam opcję usadowienia się w krzesełku dziecięcym.

Wsiadam do pociągu. Siedzenia typu czworaki obite bordowym skajem. Kaloryfery grzeją, wprawiając mnie w stan lekkiego uspokojenia. Do mojego czworaka dosiada się starsza pani z finezyjnie wyfiokowaną fryzurą (jak ona się uchowała z tym czymś na głowie przy takich huraganach? na dworcu się czesała czy jak?!) i zaczyna, że zimno, że takie klęski, że świat oszalał, że mój boże... Po paru zdaniach asekuracyjnie wyciągam swoje wydruki layautowe i udaję zapracowaną. Wiem. Niespołeczna jestem, ale jakoś trudno mi się zdobyć na kurtuazję po prawie 4 godzinach spędzonych na wietrznym peronie. Dosiada się pan. Po rozpłaszczeniu widnieje na nim żółta koszulka mejdinczajna i zielono-bure szelki. Całe fizys pozwala mi na szybkie zaszufladkowanie go do działu z naklejką   podróżni podejrzani. I się gapi! To na mnie, to na moją rękę, która wprawnie bazgroli na czerwono po kartkach. Nie powiem, krępuje mnie to, ale już lepiej niech się gapi, niż miałby względem mnie udzielać się towarzysko. Wreszcie nie wytrzymuje z ciekawości i zagaja - "Pani redaktor?" -"Nie!" - odburkuję zgodnie z prawdą i od tego czasu mam spokój. 

A potem to już tulił mnie On...

19:34, pusta_literatka
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 stycznia 2007
kartoteka Różewicza i Zadary.

Bardzo mocno uwspółcześniona inscenizacja reżysera Michała Zadary (aplauz dla tego Pana!)

Swoiste novum w pokazaniu przestrzeni między widzem a aktorem.

Brak sceny, toteż odbiorca może usadowić się w wygodnej dla siebie pozycji pośród grających wszędzie aktorów. Może też się przemieszczać. Jest żywym rekwizytem, podatnym na sugestie aktora.

Głośno, jazgotliwie, dynamicznie, zatrważająco, momentami groźnie i psychodelicznie.

Ciekawie.

Nietuzinkowo.

I o to chodzi w teatrze! Albo wychodzę z niego zrelaksowana i ubawiona, albo wychodzę... i nie wiem, co powiedzieć. Takie katharsis.

Tanich półśrodków nie lubię.

______________________________________

Żałuję jedynie, że nie posmyrałam pana Peszka za uchem. Skoro już tak leżał nieruchomo dobrych parę minut, przylegając prawie do moich pleców. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę... Z drugiej strony rozwścieczony leżał... i co gdyby tak w amoku odgryzł mi palca?! Oj, drogi Panie Peszku, przekonywująco Pan grał. Ciary szły i było miło. Acz niebezpiecznie.

I na koniec mój ulubiony cytat z "Kartoteki" Różewicza: "Chciałem wujka odwiedzić, ale ciocia pisała, że wujek chorował, to pomyślalem, że wujek umarł" :)

Wyczucie taktu i dziecięca szczerość.

To, co cechuje każdego z nas.

19:57, pusta_literatka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 stycznia 2007
miasteczko Twin Peaks.

Już na samym wstępie serialu czułam instynktownie, że w enigmatycznym białym worku unoszącym się na równie enigmatycznej rzece znajduje się ciało kogoś enigmatycznego. No tak czułam!

Laura Palmer. Zbuntowana anielica o urzekającym uśmiechu z równo osadzonymi zębami. Zakochałam się w niej, gdy miałam jakieś 13 lat. Lynch i jego kobiety... Wszystkie zabójczo piękne i wszystkie poubierane w stroje sprowadzone z pensji dla panienek z dobrego domu lub innych emancypantek Prusowskich. Spódnica za kolanko i sweterek za pupę. Mężczyźni u Lyncha to kontrast owych panienek. Zwykle źli, wulgarni, silni w mózgu i w lędźwiach... Oprócz Coopera, w którym się nie zakochałam. Chyba właśnie dlatego.

No więc siadamy z Olą w piątkowy wieczór z piwem imbirowym w dłoniach, oglądamy i boimy się jak jasna cholera! Dla wyostrzenia wrażeń gasimy światło i zasłaniamy kotary w oknach (sztuk 3) Muzyka nam nie ułatwia, mrok nam nie ułatwia, więc skaczemy na łóżku jak dwie głupie kozy, licytując się przy tym, która to wpadła na tak idiotyczny pomysł spędzenia piątkowego wieczoru. Wszystko wskazuje na mnie... 

Zapijam piwem z nadzieją, że mnie lekko ogłuszy. Pisków i bluzgów towarzyszących projekcji nie ma końca. Wreszcie FINE.

No i świetnie, no i fajnie, tylko jak ja mam się teraz przedostać do swojego pokoju, znajdującego się dokładnie po drugiej stronie długiego, ciemnego korytarza?! Ola jakoś niespecjalnie chce mi towarzyszyć, więc idę sama. Tam idę! Lecę na złamanie karku!

Ufff, już dobrze. Piwo działa, ja wydaję się być dość opanowana. Kładę się do łóżka, nakrywam po uszy i widzę BOBA. Ożeszkur***! Łypie na mnie swym obłąkańczym wzrokiem zza szafy, spod chodnika, ze szpary między futryną a drzwiami. Siwowłosy psychopata i ja w jednym pokoju. Sam na sam. Oko w oko. Nakrywam się cała, produkując przy tym hektolitry potu i zasypiam.

W śnie nie nawiedza mnie już ani babcia z wnuczkiem o nosie Pinokia, ani jednoręki Joe, ani karzeł ani szurnięta, jak cała reszta, pani z pieńkiem.

A jak umrę, to i tak poproszę do Twin Paeks.

Nie do piekła.

 

22:50, pusta_literatka
Link Komentarze (4) »
piątek, 12 stycznia 2007
czasowstrzymywacz.

No więc przyszedł Nowy Rok, tak? Właściwie to na ten temat niewiele mogę powiedzieć, bo:

nie mam żadnych głębszych przemyśleń, żadnych mocnych postanowień poprawy, żadnych górnolotnych myśli, żadnych dykteryjek na podorędziu. Nic. Wszystko i tak wyłazi w przysłowiowym praniu, a wobec jakichś zatwardziałych deklaracji to człowiek się potem tylko sam przed sobą głupio czuje.

Onetowski konkurs rozstrzygnięty. Słowem roku został CZASOWSTRZYMYWACZ (mój faworyt zresztą).

O! I to sprytne urządzonko może śmiało pretendować do moich najśmielszych życzeń.

Już wyobrażam sobie, jak któregoś pięknego ranka budzi mnie z głębokiego snu natarczywy dzwonek z tendencją przerywaną. Wstaję w rozczłapanych kapciach, otwieram drzwi a tam, na wycieraczce, którą w nocy zmoczył zupełnie przypadkowo jakiś jegomość, stoi karton z zieloną kokardą. I ani żywej duszy...

W środku jest on. Ponadczasowy (dosłownie!) czasowstrzymywacz. Mocuję go na ścianie i odpowiednio do potrzeb własnych dziko nim manewruję. Zwalniam, zatrzymuję, zawieszam w czynnościach na chwil kilka, by potem znów posunąć do przodu.

I tylko żal, że tak nie można obchodzić się z mężczyzną ;)

21:57, pusta_literatka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 stycznia 2007
gwoli wstępu.

Nie mam blogaska, nie daję komciów, a różowe blogi z migoczącymi emotikonkami w desenie serduszkowo-misiowe wywołują u mnie kataraktę oraz wysypkę, poprzedzoną mdłościami. Podobnie, choć z obniżoną intensywnością, reaguję na blogi mroczne i czarne, których to autorzy sięgają dna egzystencjalnego, ocierając się raz po raz o myśli samobójcze.

Co za tym idzie właścicielom z powyższą (stricte-zbeletryzowaną) grafiką i tematyką uprzejmie dziekuję. I błagam! Nie zapraszajcie mnie do siebie w celu czytania TaKiCh RóŻnYcH KfIaTkOoF.

No, zatem teraz słówko na temat tego, co lubię, żebym nie wyszła na jakąś kompletnie niewyrozumiałą malkontentkę.

Lubię Piotra Fronczewskiego, panią Bovary, zapach kawy i herbatę.

19:32, pusta_literatka
Link Komentarze (4) »
środa, 10 stycznia 2007
stamtąd przyszłam.

STAMTĄD przyszłam TU. Piechotą.

Zbyt nachalnie TAM, agresywnie jakoś, medialnie, tłoczno, duszno i parno. Dlatego...

STAMTĄD przyszłam TU. Piechotą.

 

 

23:44, pusta_literatka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 stycznia 2007
apropos tytułu poprzedniego.

Synonimem słowa dychotomia* jest bifurkacja wielokrotna*.

O fuj!

___________________

* Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych pod red. Władysława Kopalińskiego.

http://www.slownik-online.pl/kopalinski/a116779888d2a975412565ba0023eb3f.php

 

21:04, pusta_literatka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 stycznia 2007
dychotomia kobieca.

Torebka.

Gustowne okulary.

Modna fryzura.

Pomarańczowe rajtuzy.

Zimowa spódnica.

Starannie dobrana bielizna i podpaska.

Krem redukujący oznaki zmęczenia.

Pigułki.

Twój Styl - jak dobrać partnera.

Zwierciadło - jak zatrzymać partnera.

Pani - jak pieścić partnera.

Cosmopolitan - 69 skutecznych metod osiągnięcia orgazmu z partnerem.

Dziś jednak wolę poleżeć w milczeniu niż zaprzeczać szlagierom, że białe i czarne, że Gdańsk, Sopot i Gdynia, że Sodoma i Gomora, że Cyryl i Metody.
Wszystko i tak zaczyna się i kończy w okolicach mola...

 
20:18, pusta_literatka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 stycznia 2007

RemanenT

Jak to w Nowym Roku.

19:51, pusta_literatka
Link Dodaj komentarz »
dodajdo.com Najlepsze Blogi