Wyprzedaż faktów i konfabulacji. Hurtowa, detaliczna, na wagę i w szczapach. Zwrotów nie przyjmujemy. Za wyjątkiem wyjątkowej niestrawności. Przewidziane gratisy.
środa, 27 lutego 2008
problematycznie.

Rano mam koszmarnie pomierzwione włosy. Pewnie przez sen się strasznie wiercę.

To problem nr jeden.

Problem nr dwa jest całkiem innego kalibru. Dotyczy bowiem JeszczeNieMęża, który to wczora z wieczora w odpowiedzi na moje utyskiwania nad życiem obczyźnianym i na wyraźną de-pre-sję moją (niepodpartą alkoholizmem) rzekł:

- Najważniejsze kochanie, żeby euro nie spadło.

Rzucić, uprzedzając czy wyjechać bez słowa? ;]

poniedziałek, 25 lutego 2008
jednak nie "Katyń".

Mimo iż wszyscy stawiali na Wajdę, ja przekornie nie.

Dzięki temu bez cienia żalu mogłam dziś cały boży dzień przebimbać, gdyż taki był warunek mojego bimbania. Zaskakująca klęska "Katynia" - poniedziałkowym nieróbstwem pustej! ;)

Że szafuję zbyt ważnymi wydarzeniami kulturalnymi? Być może, być może, ale jak mawiał Albert Camus:

Zawsze znajdzie się odpowiednia filozofia do braku odwagi.

sobota, 23 lutego 2008
23 lutego - dzień walki z depresją.

To bardzo modna ostatnio przypadłość. Ta depresja. Psychologowie biją na alarm! Można nie mieć w dzieciństwie ospy czy różyczki, można nie przeczytać "Alchemika" czy "Spóźnionych kochanków", można nie słuchać Agi Zaryan czy Bacha, można nie wiedzieć, kim jest Barack Obama czy Bin Laden Osama. Można.

Ale nie można choć sporadycznie nie potaplać się w depresji. Bo depresja świadczy o naszej niebanalności, o naszym skomplikowanym życiu wewnętrznym, o naszych poplątanych zwojach mózgowych. Dobrze w każdym razie świadczy o nas. No!

I w związku ze związkiem pytanie mam: czy jak ja w sytuacjach mocno kryzysowych mu-szę się napić piwa, wina lub wódki to to jest jeszcze depresja czy już alkoholizm? ;] 

środa, 20 lutego 2008
luz, panie!

A wczoraj na dublińskim bruku przy 3 stopniach Celsjusza śmignęły mi przed oczyma osobniki w kurtkach i japonkach wsuniętych w go-łe stopy. Sztuk cztery. W różnych odstępach czasowych, więc nie dopatruję się zmowy ni sekty.

A przedwczoraj, porą poranną, przy podobnej temperaturze oczom moim ukazała się Azjatka w błę-kit-nym szlafroku i w ró-żo-wych bamboszach, dzierżąca w dłoni mleko, które sobie nabyła w sparze, który to znajduje się po przeciwnej stronie ulicy.

To się kur** nazywa wyluzowanie!

A nie rzucenie na blogu paroma bluzgami ;)

wtorek, 19 lutego 2008
pusta rzekła!

Koniec. Od dziś czas się wreszcie wziąć w garść lub przynajmniej złapać kilka wróbli.

Rzekłam!

;)

p.s. A jak ja też jestem tak fajna, jak Ci ludzie z gazetowego bebo, to powinnam do nich dołączyć? Bo zupełnie nie wiem, co robić :P

sobota, 16 lutego 2008
eschato_logicznie.

Właśnie wróciłam z pogrzebu Babci.

Z pogrzebu mentalnego, gdyż w prawdziwym nie mogłam uczestniczyć.

O godz. 14. irlandzkiego czasu, gdy kościelne dzwony zabiły dwa razy - wygenerowałam w sobie obraz znajomej kaplicy, słodko-gorzki zaduch pomieszany z zapachem gromnic i żywych lilii, monotonny różaniec odmawiany przez wiejskie baby opatulone chustami w kolorze kiru. Kapliczny ruch wahadłowy, jedni wchodzą z ciekawości, inni, by po raz ostatni dotknąć zimnej dłoni...

Najbliżsi tkwią w bezruchu. Rzędem. Wzdłuż trumny. W każdej parze oczu zeszklenie, każda para rąk skrzyżowana, każda głowa pochylona w stronę tej jednej, jedynej głowy. Symetrycznie osadzonej na białej poduszce.

Ostatnie sekundy z mamą, babcią, prababcią, teściową, ciocią, sąsiadką, koleżanką, znajomą, nieznajomą.

Wchodzi ekipa ubranych w czarne peleryny wąsatych panów, którzy z niewzruszoną powagą chwytają trumienne wieko... Z zawodową rutyną nakładają tę dębową kapsułę czasu na swe silne bary i marszowym krokiem opuszczają miejsce głośnego szlochu, rozpaczy, protestu...

_________________________________

Wierzę, że Babcia jest już gdzie indziej. Gdzie? Tego nie wiem, ale tam na pewno jest jej lepiej. Tam nie jest przykuta do łóżka, tam ma obie nogi, tam sama je, sama wstaje, sama się czesze, sama przyobleka się w korale, które tak bardzo lubiła, tam lepi pierogi dla całej czeredy i okrasza je wysokokalorycznym świńskim smalcem. Tam się uśmiecha...

Bo tu, od dobrych czterech lat nie miała powodu do radości... 

church

 

środa, 13 lutego 2008
nasza-klasa.pl
  • nie mam męża z muskułami, po solarium i koniecznie na tle czerwonej mazdy
  • nie mam ząbkującego dziecka w wanience, obok wanienki, pod wanienką 
  • nie mam psa z kokardką, kotka na smyczy ani szynszyla w muszce
  • nie mam zdjęć z wakacji na Bora Bora, Wyspach Wielkanocnych czy też Bożego Narodzenia
  • nie mam pińciu fakultetów
  • nie studiowałam tego samego kierunku w pińciu różnych miastach uniwersyteckich i to w tym samym czasie
  • nie pracuję w międzynarodowej korporacji parającej się zwalczaniem zła na świecie, lub innymi słowy, metodycznym wdrażaniem dobra
  • nie badam kosmosu, ani intymnego życia pantofelków 
  • nie interesuje mnie też skomplikowany proces rozmnażania ameby
  • nie władam siedmioma językami, w tym ugrofińskim i tybeto-birmańskim

A inni władają!

A inni mają!

Ech ;]

poniedziałek, 11 lutego 2008
kontekstu nie będzie, ale...

Wpisu z wczoraj nie skasuję, gdyż nie po to go wstawiłam, a ponadto zbyt duże ma znaczenie. To była kwestia długiej chwili, niemniej kwestia nierozważna w stosunku do Was, zaglądających tu. Wystrzeliłam z osobistego karabinu kilka zdań ubranych po samą szyję w metaforę, nic więc dziwnego, że niezrozumiałych.

Cała ja: o rzeczach przyziemnych piszę banalnie w stylu zawiadacko-ironicznym, sprawy istotne albo pomijam szerokim łukiem, albo wyszywam nieczytelnym haftem. Nie uznaję natomiast złotego środka lingwistycznego. Ani u siebie, ani u innych. Gdyż takowy mnie nudzi. Ot.

Tym, którzy się zmartwili, dziękuję, i im należy się słowo przepraszam. Bo mimo iż to świat wirtualny, wchodzą tu ludzie realni. Pełni emocji, daleko idącej empatii i intencjonalnej szczerości.

A na przyszłość: Wy się nie kłopotać - pusta zamknąć dziób ;]

niedziela, 10 lutego 2008
krajobraz po bitwie.

Okaleczeni w wyniku ostrych krawędzi przyszłości.

Ofiar śmiertelnych nie odnotowano.

Zlicza się straty moralne.

piątek, 08 lutego 2008
pidżama porno, vol. 1.

Ubolewam nad faktem, iż moją ukochaną koszulinę nocną w czeskie, przestrzelone księżniczki musiałam zostawić na pastwę losu (lub na los pastwy, jak to kiedyś napisałam w wypracowaniu o pozytywistycznych dziecinach). Nie mogła ta koszulina pojechać ze mną do Dublina, gdyż kategorycznie zabroniła tego mamina. W trosce o moje pożycie narzeczeńskie.

Że niby nie wypada w takim gieźle paradować przed JeszczeNieMężem, bo nie najlepiej się w nim prezentuję. Że jak uboga krewna niby. Że niepociągająca.

To ja na okoliczność wspólnych nocy miałam nabyć w tryjumfie jedwabie, tiule i inne szyfony, w których może i ocieka się seksem, ale i z zimna zgrzyta zębami?!

A Wy w czym śpicie? Tylko mi nie piszcie, że w zwiewnych, kurna, woalkach!

__________________________________________

Zresztą tak między Bogiem a prawdą, inicjację, zwaną przez seksuologów - seksualną mamy już dawno za sobą, więc tym bardziej nie ma co siać paniki alkowianej ;]

środa, 06 lutego 2008
live in Dublin - temat swa_wolny.

Matko, tyle się u mnie dzieje, że nie wiem od czego zacząć, doprawdy ;]

No dobra, poniosło mnie. Dzieje się dużo na świecie, bo i prawybory w Stanach, i telekamery w Polsce, i wybuchy w Somalii, i naloty na Strefę Gazy (dłuuugo sądziłam, że to Strefa Gazu), i jak rodzić, to nie w Londynie. A co w Dublinie?

Zimno, cimno i do domu daleko.

Zasadniczo to możnaby rzec, żem na wakacjach połączonych z intensywnym kursem językowym. Są wszak takie dla wyjątkowo zdolnych dzieci lub z wyjątkowymi ambicjami rodziców tychże.

Na przykład są też wakacje w siodle. Nigdy nie byłam, aż tak prozwierzęca nie jestem. Choć za jednym, to nawet kiedyś płakałam - Łysek mu było, pamiętacie? Konie, owszem na widokówkach, w bliższych relacjach wzbudzają we mnie respekt i co tu dużo ukrywać, armanim to one nie pachną!

Jak to na takich wakacjach bywa dużo się uczę, mam też czas wolny (oj nie w świetlicy!), w którym to czasie reaktywuję moje życie na płaszczyźnie realno-cybernetycznej. Dzwonię też do rodziców - to rytuał każdego dziecka kolonijnego. Dzwonię i opowiadam, co dziś robiłam, co jadłam, co piłam, jakam zachwycona, kończy się mamona ;]

A wczoraj na mój bardzo nowy nr dwa razy późną porą telefonował pijany Irlandczyk, pytając: who is it?! No ja przepraszam very much (tak, tu jest mucz nie macz!), panie Irlandczyk, ale jak się drunkuje (tak, tu jest drunk nie drink!), to się potem źle wystukuje! I pustą stresuje, bo sobie pomyślałam, że to może zaproszenie na jakie interviu.

Nie, ja jeszcze nie szukałam pracy, gdyż albowiem nie czuję się gotowa. No pewnie, że długa ta akomodacja.

Co zrobić, taki organizm ;]

wtorek, 05 lutego 2008
english. english. english. eh! ;/

Europejska Szkoła Kształcenia Korespondencyjnego.

English entrance.

Pons.

Callan method.

Talk to mee.

Tell me more.

SuperMemo.

_________________

Kto da więcej? ;)

niedziela, 03 lutego 2008
zza_duszki.

Najpierw raz na zawsze (hm, aby na pewno?) załatwmy sprawę myszyniną (czyją? myszyniną!). Po rozpatrzeniu wszystkich Waszych koncepcji, stawiam na duchy! Bardziej na ludzkie niż mysie, bowiem serek nie-tknię-ty! Ze-schnię-ty!

Do intymnych wieczorów dołączyły też odgłosy zza ścian lejącej się wody. No normalnie takie trzeszczenie w rurach i szum cieknącej strużki. Ciurkiem -  nie jednostajne kap-kap. Na szczęście! Tym niemniej można kota dostać. A kot w obliczu domniemanych mysz przydałby się, oj przydał!

Jeśli to duch jednak, to ja wiem, czyj!

Jamesa Joyce'a! Straszy mnie za karę, że nie dobrnęłam do końca "Ulissesa". No nie dałam rady, przyznaję.

_____________________________

Panie Jamesie złocieńki, oj ja przeczytam to pana dzieło. Obiecuję! Tylko niech Pan tak nie chrobocze po nocach, bo ja potem niewyspana chodzę.

A, i jeszcze jedno Panie Jamesie złocieńki. Pan pozdrowi Becketta i uprzejmie mu przypomni, że "Czekając na Godota" czytałam! Więc niechaj on mnie nie straszy!

A, zauważyłam, że sera Pan nie lubi. Mam w zamrażarce krakowską podsuszaną. Zostawić przy kominku?

17:47, pusta_literatka
Link Komentarze (7) »
sobota, 02 lutego 2008
wynajmę kota, czyli musofobia stosowana.

A wczora z wieczora, gdy my zasnąć nie mogli, zza ściany dało się słyszeć dźwięki zbliżone do chrobotania myszyniego (kogo? czego? myszyniego!) Kto mnie zna, ten wie, że mysz, chomików, świnek i innych sierściuchów boję się pa-nicz-nie. Dostaję drgawek i oblewaja mnie poty. Zwykle siódme, a w obliczu jeszcze większego strachu to nawet ósme.

No i oblały! Schowałam stopy i całą siebie pod kołdrę, litościwie prosząc JeszczeNieMęża: "zrób coś z tym, bo zwariuję!". Przy źródle rzężenia mężczyzna mój odwagi pełen poustawiał torby, a na nich szeleszczące folie, że niby jak zechcą harcować nocą, to nas obudzą i on wtedy je... No właśnie nie wiem, co wtedy - nie sprecyzował.

Wymyślił też starą strategię z serem. Położył kawałek przy kominku na pokuszenie i to jakby miało rano dać ogląd na sprawę.

Ogląd jest taki, że chrobocze nadal, i serek jest nadal.

Ser gouda z Polski. Czyżby irish mouses or mice preferowały tylko wyroby rodzime?!

Cholerne patriotki!

16:36, pusta_literatka
Link Komentarze (11) »
piątek, 01 lutego 2008
o czym tu dumać na irlandzkim bruku - Dziady, wyd. II, poprawione.

W związku z tłustym czwartkiem nie usmażyłam pączków, za to wysmażyłam nową kategorię, pod którą to nakreślać będę gęsim piórem me życie tułacze. Bardziej dla potomnych, żeby łatwiej im było za lat 20. połapać się w mech włajażach rozlicznech ;]

Witamy wenę w naszych progach! Chlebem i solą częstujem! Zdecydowanym altem odśpiewujem 100 lat, 100 lat! Pan w drugim rzędzie niechaj nie fałszuje! Że nie ta tonacja? W b-moll? Pan oszalał, proszę Pana! 

dodajdo.com Najlepsze Blogi