Wyprzedaż faktów i konfabulacji. Hurtowa, detaliczna, na wagę i w szczapach. Zwrotów nie przyjmujemy. Za wyjątkiem wyjątkowej niestrawności. Przewidziane gratisy.
piątek, 30 maja 2008
najważniejsze, by nie patrzeć w dóóóóół.

Jeszcze dziś i jutro, jeszcze dziś i jutro, jeszcze dziś i jutro.

"Niebieski kwiat i kolce, niebieski kwiat i kolce, niebieski kwiat i kolce".

A co potem? Potem trzydniową labę bezpracową mieć będę!

Istotnie, na obczyźnie niewiele mi potrzeba do szczęścia. 

niedziela, 25 maja 2008
"szto z nimi zdjełał snieg i marozy" ;]

Wieczorek meksykański urządzony w naszym domostwie nieoczekiwanie przerodził się w wieczorek rosyjski, bowiem na stole obok tortilli z chili oraz tequilli, wylądował dostojny smirnoff i ruskij standart (pisownia nieoryginalna, niestety). Brakowało jedynie ruskich pierogów, no ale żadna z pań nie kwapiła się, by ich spontanicznie nalepić. O dwudziestej pierwszej zwłaszcza ;]

Najwymowniejszym akcentem imprezy był absolutny szlagier lat 90. (?) Pamiętacie???

http://pl.youtube.com/watch?v=tr1_-Aqq3Vs 

(linka podaję, bo nie sądzę, by udało mnie się wstawić wbudowany film, mimo iż wszyscy wokół udzielali sąsiedzkiej pomocy w tematyce youtubowej)

P.S. Moje tany zawierały zbliżoną dawkę ekspresji, co grupy baletowej pana wokalisty. Wiłam się niamal jak ta blondyna odziana w kusą czerń ;P Teraz tylko pozostaje mi dopracować skomplikowane ruchy kończynami górnymi. Żeby w symbiozie z dolnymi były. 

Pani w różowych leginsach żwa-wo, żwa-wo!

środa, 21 maja 2008
1 life. 1 body. 1 escape.

Ledwom co się otrząsnęła z traumatycznych przeżyć saunianych, a tu mi fitness club przesyła już drugą w tym tygodniu fir-mo-wą pocz-tów-kę, zwracając się do mnie nie inaczej, jak:

Dear Pusta_literatko (tam pada moje imię, ale jak wiemy, znamy się tu nie z imienia) ;) A dalej: Thank You for taking the time to visit us at 1 escape. I look forward to welcoming You as a new member soon! 

Na razie środę mamy. Do piątku wieczór (bo tylko wtedy chadzać mogę) może ogólna awersja ustąpi i z wypiętą do przodu piersią pognam, by sztachnąć się irlandzką parówką again. Póki co, na samą myśl blednę punktowo ;]

poniedziałek, 19 maja 2008
tytuł? yyy...

W owym fitness clubie z rzeczy ciekawych to nieopatrznie wlazłam do szatni męskiej, która od szatni żeńskiej (7 schodków niżej) nie różni się absolutnie niczym. Oprócz żywego inwentarza oczywiście. Spoczęłam na pufie, podparłam się na łokciu, bo to był moment tuż po opuszczeniu kąpieli parowych i nieco słabo mi było. Przeszło koło mnie dwóch panów owiniętych ręcznikami, ale jakoś nie zakonotowałam tego faktu. Dopiero przemarsz pana bez ręczniczka wokół bioderek zmusił mnie do refleksji, że chyba pomyliłam pięterka i czemprędzej opuściłam miejsce golizny męskiej, zbulwersowana, a juści ;P

A w nocy to śnił mi się obóz pracy. Układ bloków jak w Oświęcimiu. Zima. Ja - więźniarka. W tle siedziba główna. W oknie przemawiający Hitler. Jakem żywa!

    

sobota, 17 maja 2008
literatka po oparach, czyli uboczny efekt sauniany.

Otóż było to tak. Do sauny przygotowałam się godnie. Wpierw, zapoznałam się drogą internetową za pośrednictwem wuwuwu.google.peel z zasadami korzystania z tejże, co wolno, czego nie wolno, no żeby wiedzieć dokładnie, a nie polegać na intuicji lub leźć za tłumem. Potem zastosowałam peeling gruboziarnisty na całe ciało, potem enzymatyczny na twarz, potem szklanka wody do brzucha i poszła.

Sauna fińska - trzy sety przeplatane zimnym prysznicem, jaccuzzi, sauna rzymska (termy znaczy) - trzy sety przeplatane zimnym prysznicem.

Dopadło mnie nocą... Odwodnienie organizmu i towarzyszące temu prawie omdlenie w kuchni, zawroty głowy, bóle głowy, piszczenie w głowie, torsje i ogólny stan pod tytułem: omójboszzzzarazchybazejdęztegoświata!!!

Jak Państwo widzą, nie zeszłam i mam się coraz lepiej. Zważywszy, że cały dzień spędziłam w pracy niemalże podłączona do kranika z coca-colą, to można by mnie uznać za bohaterkę. Nie wiem, czy zregenerowałam już organizm i nie wiem, jak to sprawdzić, drogi pamiętniczku. No bo tak, pić to już mi się nie chce, mimo iż wszyscy na około każą pić, ciało wydaje mi się być odpowiednio nawilżone, nie odczuwam suchości w gardle.

Czy jest na sali lekarz? ;]

czwartek, 15 maja 2008
literatka w oparach. nie mylić w opałach ;]

A jutro piątek i ja znów pójdę do tego fitness clubu, gdzie równo temu tydzień zainaugurowałam wizyty i z wrażenia zapomniałam była Państwu opowiedzieć.

Otóż tamże postawiłam głównie na relaks, mocząc swe umęczone pracą ciało w jaccuzzi, które produkowało taką masę bąbelków, żem wyszła po godzinie wymasowana praktycznie wszędzie. Następnie udałam się do basenu, przekonana o swych umiejętnościah pływackich zanabytych minionych wakacji w Jeziorze Nyskim. W basenie niestety nastąpiło zdziwienie na skutek wyraźnego regresu pływackiego mego. Okazało się bowiem, że jednak pływać nie umiem, a żeby tego było mało, cofnęłam się do poziomu sprzed pamiętnych wakacji i pa-nicz-nie boję się wody. Postałam, podrżałam (trochę z zimna i trochę ze strachu), kilka razy próbowałam rzucić się w błękitną otchłań, ale chlorowana woda jakoś nieszczególnie mi posmakowała, na plecach też nijak mi szło, toteż poczłapałam do sauny. Najpierw fińskiej, a potem chyba chińskiej, bo w niej większość Chińczyków a jeden to nawet z miejscówką koło mnie. Komizm sytuacji i duszności nie pozwoliły mi na dłuższy pobyt w oparach, ponadto z megafonów rozległ się głos męski upraszający użytkowników o prędziutki wymarsz z miejsca rekreacji i wypoczynku, bo 9.30 Pi.eM dochodzi.

Tyle.

A nie! O klapkach zapomniałam. Z powodu nieposiadania w ogóle własnych występowałam w nie własnych, większych o 4 numery, bagatelka, co nieco utrudniało mi poruszanie się po powierzchniach płaskich. Rozważałam wzięcie kapci domowych (wersja wsuwana), ale mnie odwiedziono od pomysłu, bo niby nie wypada. A w pasiastych pidżamach ulicami chodzić to wypada?! A w japonkach wczesną wiosną? I to bynajmniej nie Japonki!

No w każdym razie mam już własne. Bo kupiłam. Na jutrzejszą okoliczność.

Tyle.

niedziela, 11 maja 2008
matury ciąg dalszy...

Przepraszam wszystkich za monotematyzm, ale muszę. Inaczej się uduszę ;) Otóż dziś będzie o poziomie rozszerzonym, gdyż tamże pojawił się tekst mojego mistrza, o którym pisałam już TU i może gdzieś jeszcze, ale nie pamiętam gdzie. Kto ciekaw, niechaj przetrząchnie archiwum.

Oto fragment "Kamienia na kamieniu" Wiesława Myśliwskiego. Ten gawędziarski styl, ta urzekająca prostota, boszzz!

Postanowiłem napisać list do Antka i Staśka w sprawie tego grobu. Poszedłem do spółdzielni, kupiłem papier, obsadkę, stalówkę, atrament. Bo kiedy ja do kogo list pisałem? Nie umiałbym sobie nawet przypomnieć. Ani do szkoły z domu nikt teraz nie chodził, to nie były potrzebne. Gdzieś się jeszcze pusty kałamarz walał z czasów, kiedy matka jeszcze żyła i do nich pisała. Bo ja ani do nich, choć bracia, nie pisałem, odkąd z domu wyszli. Ani oni do mnie. Tak się jakoś układało. Oni w mieście, ja na wsi. Oni swoje życie, ja swoje. To o czym tu pisać? Co we wsi, miałem im pisać, kiedy może nie bardzo chcieli już wsi pamiętać? A pchać się ze swoim życiem w czyjeś życie, choćby brat bratu, co to komu pomoże? Zresztą raz na dwa, trzy lata któryś wpadał, to się mniej więcej wiedziało, co u niego. Ten był za granicą, a ten kupił samochód. Ten dostał mieszkanie, ma trzy pokoje z kuchnią, a ten się z żoną rozszedł i drugi raz się ożenił. Ten ma córkę i syna, a ten tylko syna, ale nie chce się coś uczyć. A co u mnie, no, to kiedy umarła matka, wysłałem im telegram: „Matka umarła. Przyjeżdżajcie”. A za parę lat drugi: „Ojciec umarł. Przyjeżdżajcie.” I to wszystko, co u mnie. Zresztą, gdyby nawet więcej, czy chcieliby słuchać? […]

Ale grób to grób, raz na całe życie się buduje, to musiałem ich spytać, czy chcą razem ze wszystkimi leżeć, bo zaplanowałem osiem kwater, żeby dla nich też było. Czy może wolą tam, u siebie, to bym sobie kosztów darmo nie robił i mniejszy bym postawił. A choć życzę im, niech żyją jak najdłużej w szczęściu, zdrowiu, to przecież kiedyś wszyscy muszą umrzeć, bo wszyscy, co żyjemy, umrzemy. I niech mi zaraz odpiszą, bo mam miejsce wykupione, cement załatwiłem, i z Chmielem jestem ugadany. […]

Chyba po miesiącu przyszedł list od nich, że przyjeżdżają w najbliższą niedzielę. Nie wiedziałem, wierzyć, czy nie wierzyć. Ale wysprzątałem izbę. Oblekłem pościel. Przyniosłem ze strychu pierzynę po matce, bo była największa. A choć w jednym łóżku mieli spać, to dwie poduszki im dałem, żeby głowy mieli osobno. I słomę w sienniku zmieniłem. Dwa snopki cepami wymłóciłem, żeby mieli nie zmierzwioną. Choć mi z trudem przyszło ustać na tych moich kulasach. Musiałem sobie sieczkarnię pod plecy przyciągnąć i się na niej oprzeć, bo nie dałbym rady. I nawet im suszonej macierzanki przeciw pchłom pod prześcieradło pokładłem, jak robiła to matka. […]

Przyjechali. Ale ledwo co w próg weszli, dzień dobry, dzień dobry i od razu zaczęli się ze mną kłócić. A to, że nie ma u mnie na czym usiąść, tylko wciąż ta sama stara ława i jedno krzesełko. Że stół ten sam od wojny jeszcze. Że podłogi czego sobie nie sprawię? Czego sadu nie założę? Czego się nie żenię? Gospodyni mi potrzebna! Na księżniczkę czekam? Czego to, czego tamto? Czego? Czego? A o śmierci ani słowa. Jakbym w ogóle do nich listu
nie napisał.

Tak mnie to ścięło, że mało co się odzywałem. I z tego wszystkiego zapomniałem ich się nawet spytać, co u nich? I te pół litra wódki, co kupiłem na ich przyjazd, nie przyznałem się, że mam. Bo i po co? Pić pod kłótnię? Może zdarzyć się kiedyś jakaś lepsza okazja. Wtedy się i napijemy, i pogadamy jak bracia. Bo gdy się bracia raz na tyle czasu z sobą spotykają, powinni mieć o czym pogadać.
O, niejeden dzień, niejedną noc można by przegadać. Gdyby nawet się nie chciało, to od czego są słowa? Słowa same poprowadzą. Słowa wszystko na wierzch wywleką. Słowa i z najgłębszej głębi wydrą, co gdzieś boli i skowycze. Słowa krwi upuszczą i od razu lżej się robi. I nie tylko obcych, ale i rodzonych braci słowa potrafią odnaleźć dla siebie, że się znów braćmi poczują. Choćby się roznieśli w różne i dalekie strony, słowa ich zawrócą z powrotem do tego jednego ich życia, z którego, jak ze źródła, się poczęli. Bo słowa to wielka łaska. Cóż ma tak naprawdę człowiek więcej prócz słów dane? I tak nas wszystkich czeka kiedyś wielkie milczenie, to się jeszcze namilczymy. Może przyjdzie nam ściany z bólu drapać za najmarniejszym słowem. I każdego słowa niewypowiedzianego na tym świecie do siebie będziemy jak grzechów żałować. Tylko że będzie za późno. A ileż takich słów niewypowiedzianych zostaje w każdym człowieku i umiera razem z nim, i gnije z nim, i ani mu potem w cierpieniu nie służy, ani w pamięci. To po co jeszcze sami sobie zadajemy milczenie?

Choć może to była moja wina. Bo kiedy ich zobaczyłem, nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć, i powiedziałem zwyczajnie:

 – O, przyjechaliście.
Jakby z pola przyjechali, z jarmarku w mieście, z drugiej wsi. A przecież ze świata przyjechali.

Temat maturalny brzmiał: Rola słów w relacjach międzyludzkich...

A w Waszym życiu jaką pełnią rolę?

Przystańcie... Pomyślcie... Powiedzcie... 

poniedziałek, 05 maja 2008
matura z języka polskiego 2008.

Od momentu zaliczenia własnej, rok w rok śledzę tematy. Poniekąd to zboczenie zawodowe. Te dzisiejsze zaskoczyły mnie wielce. Łatwością zwłaszcza. Poziom podstawowy zwłaszcza: Mickiewicz, Przerwa-Tetmajer oraz dobra na każdą okazję "Lalka". A jako tekst czytany ze zrozumieniem - Igor Janke. O blogach tekst. Publicystyczny tekst.

Bogu cześć i chwała, że MEN-owska komisja nie wykukała w googlach mej graciarni i nie włączyła w zagadnienia maturalne ad exemplum. Bo jedno z pytań to brzmiałoby:

Autorka bloga, przedstawiana w dalszej części jako pusta_literatka jest istotnie:

a. pustą literatką, której niespełnione marzenia na gruncie szerokopojętego pisarstwa skłoniły ją do założenia próżnego bloga,

b. kobietą o swobodnej inklinacji alkoholowej, w życiu której prym wiedzie wiecznie opróżniana przezeń szklanica wysokoprocentowego trunku,

c. nie do końca zrównoważoną emocjonalnie pacjentką z tendencjami ekstrawertycznymi prywatnej kliniki "Piękny umysł",

d. tworem wyobraźni samej autorki.

I pomyśleć, że kiedyś targnęłam się na temat: Taką jeszcze ankietę rozpisać by może, co bohater powieści sądzi o autorze... Nie, nie w ogólniaku . W podstawówce, żeby śmieszniej było.

Na maturze to ja pisałam o moralności, proszę PaPaPaństwa. My moralni - my niemoralni, ściślej.

Wyszło mi tego ze 9 stronic. In extreme. A moży i wincej...

czwartek, 01 maja 2008
witaj maaajowa jutrzenko ;)

Jako, że dziś święto pracy, to ja w niej spędziłam bite dziewięć i pół ha. Ta!

Toteż Państwo pozwolą, że lada chwila udam się na pochód. Do łazienki. A potem do łóżka ;)

A, i opowieści o dłuuugim weekendzie w górach czy nad morzem, to niechaj mi Państwo odpuszczą, dobrze? ;) W trosce o moją psychikę choćby.

dodajdo.com Najlepsze Blogi