Wyprzedaż faktów i konfabulacji. Hurtowa, detaliczna, na wagę i w szczapach. Zwrotów nie przyjmujemy. Za wyjątkiem wyjątkowej niestrawności. Przewidziane gratisy.
sobota, 30 czerwca 2007
"coś być musi, do cholery, za zakrętem".

skończyłam. 5.45. za oknem widno. ptaszki budziły się do życia. ja kładłam się spać.

pojechała w świat. z nalepką na czole. priorytet.

poczekam na nią w domu.

nieszkodzi, że długo.

______________________________

setkę!

raz!

22:03, pusta_literatka
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 czerwca 2007
kofeina, teina, serotonina, czyli walka z czasem.

Kupię czas.

Niedrogo.

__________________

Od dwóch tygodni pijam w ilościach przemysłowych kawę, pluszzzzz activ i kofevit. Przy czym ten ostatni, jak się okazało, jest przeterminowany i to o całe pół roku.

Świetnie!

Najpierw ożłopałam się wody z bakteriami kałowymi, potem doprawiłam przestarzałym napojem energetyzującym. Nie, no ja umrę. To pewne.

Jakby co, to mam dużo książek, kosmetyków, torebek i ciuchów ;)

 

23:56, pusta_literatka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 25 czerwca 2007
i powieźli ich windą do nieba.

Ach, jak ja lubię wesela!

Wtedy nie drażnią mnie rozpychające się tłumy, szpilki obcych pań wbijane w mojego małego palca, skrobanie marchewki, naciąganie rąk w ferworze tańców z pijanym wujkiem i te integracyjne pogaduchy w toalecie przy umywalce. Każda z pań z atrybutem upiększającym w dłoni: kredka do oczu, konturówka, tusz, pomadka, błyszczyk, puder sypki, puder w kamieniu, puder w kulkach, cukier puder: jaką pani ma elegancką suknię. ee, mnie się pani bardziej podoba. świetnie skrojony tył. szyta czy ze sklepu? i ten kolor. do oczu partnera pasuje. to nie partner? o, przepraszam. a tak państwo pasują. buty mam z sylwestra. na raz się nie opłaca kupować nowych. duszno. ale lepiej, że ciepło niż zimno. znowu jak za ciepło to wędliny się psują, majonez w sałatkach jełczeje, wódka gorzej wchodzi. ale nie, to i tak lepsze niż deszcz. bo deszcz, to wie pani, źle wróży. ale jakie piękne kazanie. mnie to się łza zakręciła w oku. ja ze strony pani młodej. ja też. taaak? córka cioci Zosi z Polesia? Marysiaaa? nie, Krysia. a to ta młodsza. ja pamiętam jak Ty taka maleńka byłaś, o, taka. no, może taka. a wygadana. a śmiała. jak ten czas szybko leci.

Mniemam, że w męskim wc bardziej lapidarnie. Dwa sapnięcia przy pisuarze, że gorąc i wio do partnerki, coby jej nikt nie porwał w tany podczas jego nieobecności.

Chyba. Nie wiem, nigdy nie śmiem zajrzeć ;]

To wesele było liczebne, zgrane i piękne w swej oprawie. Skrzypce, biel, stonowany patos. Polska szumigłówka polonez, tańce (2 na 1, z nogi na nogę, z obrotami, w późniejszej fazie twisty i inne czacze) Chóralne śpiewy, wężyki w ilościach umiarkowanych, jeden pociąg. Gorzko, gorzko. 100 lat, 100 lat. Jeszcze po kropelce. A teraz idziemy na jednego.

Orkiestra rewelacyjna. Atmosfera swojska. Jedzenie dobre. Wódka skuteczna.

W oczach nowożeńców MIŁOŚĆ.

______________________________________

Moje loki na długi czas utrzymały blask i świeżość. Zupełnie inaczej niż na poprzednim weselu, kiedy to tuż przed wyjściem potraktowałam je czymś, co po zabiegu nie okazało się lakierem. Był to płyn antyelektrostatyczny w sprayu marki Ania! Butelka mnie zmyliła. Do tej pory nie wiem, do czego to służy mojej teściowej - bo to w jej łazience było, ale mniemam, że nie do włosów. Efekt bowiem był mało oszałamiający ;] 

Na to wesele dla odmiany oszałamiająco pachniałam. Nie wiem, co znajdowało się we flakoniku w kolorze starego złota, ale byłam przekonana, że podróbka organzy, którą sama kiedyś nabyłam. Otóż nie. Zapach ten dalece odbiegał od należytego. Przypominał raczej woń odstanej trzy dni w wazonie wody po zwiędłym bukiecie stokrotek z działki. Dla ratowania sytuacji poprawiłam oryginalnym jadorem, co znacznie pogorszyło moje samopoczucie w kościele, a JeszczeNieMęża na parkiecie.

Nie wiedzieć czemu, unikał przytulanych tańców ze mną! ;]

12:42, pusta_literatka
Link Komentarze (6) »
piątek, 22 czerwca 2007
raport.

"Małe zbrodnie małżeńskie" oglądane w kameralnym na kacu to gwałt.

Na sztuce. I umyśle.

Gwałt zbiorowy, bo popełniony w duecie.

Za oknem burzowo. Z licznymi przejaśnieniami.

W spiżu brak wolnych miejsc.

W empiku mnóstwo książek, które mocno chcę.

W tramwaju mnóstwo przepoconych pasażerów.

A w gościach dostałam herbatę w kubku HARLEQUIN. Z napisem KAŻDA CHWILA MOŻE BYĆ NIEZWYKŁA.

Krępuje mnie to.

I rozśmiesza.

Zarazem.

 

12:49, pusta_literatka
Link Komentarze (4) »
środa, 20 czerwca 2007
zmarszczki pod fałdami spódnicy, czyli po prostu babcia.

Jak to dobrze mieć światową babcię, która właśnie wróciła z Wrocławia i przyszła podzielić się wrażeniami. Zmierzywszy mnie już od progu (a ja ubrana w rybaczki), rzekła:

- Tam wszystkie kobiety chodzą w spódnicach. Ale to wszystkie! Tylko ja jedna byłam w spodniach!

Cóż, nie zaprzeczałam, ani nie potwierdzałam, bo dawno mnie tam nie było. Babcia natomiast oznajmiła, że tuż po wizycie listonosza idzie na zakupy celem nabycia spódnic zwiewnych i szerokich, które, jak słusznie zauważyła, pogrubiają, ale do 10-tego lipca ma całe 3 tygodnie. W tym czasie zamierza  schudnąć.

Babcia odwiedziła też rossmana (już teraz wiem, po kim mam te słabości kosmetyczno-drogeryjne) i w tymże nabyła krem przeciwzmarszczkowy na dzień z folacyną oraz saszetkę maseczki z karnozyną. Maseczka okazała się o tyle błędnym wyborem, gdyż jest przeznaczona do cery z trądzikiem (tak doradziła jej uprzejma dama w białym fartuszku)

Damie gratulujemy znajomości tematu.

A teraz idę się pakować, gdyż dziś ja wyjeżdżam do Wrocławia.

W spódnicy ;)

10:37, pusta_literatka
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 18 czerwca 2007
wieczór panieński.

Sms: Sobota, miasto takieatakie. Wieczór panieński. Zaczynamy w ogródkach. Godz. 19.30. Zapraszam.

Odpowiedziałam: Wstawię się punktualnie.

___________________

Istotnie. Wstawiłam się.

Lekko ;]

10:55, pusta_literatka
Link Komentarze (6) »
niedziela, 17 czerwca 2007
brudna woda zdrowia doda, czyli baktoriologia stosowana.

W mieścinie epidemia. Woda skażona bakteriami koli. Ogólny popłoch społeczeństwa, apele z megafonu, policja, straż, wszystko na sygnałach. W te i nazad. Sytuacja bardzo poważna: wody z kranu nie można ani pić, ani się w niej myć. Nic!

Dowożą w beczkowozach. I wtedy to już obrazek iście z ponadczasowego "Domu". Przy beczkowozie zbiórka, czyli przynajmniej jeden przedstawiciel każdego mieszkania. Z wiadrami, saganami, kubłami. I pan leje hojnie z węża strażackiego. Do garnków, po kapciach, nieważne. I te rozmowy...

"Skandal panie, żeby tak ludzi oszukiwać, podobno to już tak zatrute od paru dni, eee, ja słyszałem, że od rana, skąd,  wczoraj, i tak ma być trzy dni, konkurencja zatruła, żeby obroty zwiększyć".

Zlazłam pokornie z 10 litrowym garnkiem, stanęłąm w kolejce i tylko czekam, aż się zacznie 100 pytań do. Bo kto jak kto, ale JA powinnam coś na temat wiedzieć! Urywam temat, mówiąc, że tatę ostatnio widziałam wczoraj wieczorem (taka prawda), a mama jest na ważnym spotkaniu.

Jeszcze jedna runda, tym razem z wiadrem, powrót do domu i dyżur pod telefonem: "nie, taty nie ma, nie wiem, kiedy będzie, jest w pracy, wszelkich informacji udziela urząd miasta, mama będzie późnym wieczorem, nie można się dodzwonić, gdyż nie ma zasięgu, halo, a z kim rozmawiam, coś przekazać, dziękuję, do widzenia, ja też życzę udanego weekendu"

Po dwóch godzinach wysiadam. Z powodu ludzkiej głupoty.

Ufff, jak to dobrze, że nie jestem Olą Kwaśniewską!

A teraz lecę lok okiełznać i oko zrobić, bo mają z tefałenu przyjechać. A bez mejkapu to się nie godzi latać przed kamerą.

Rano byli z regionalnej, ale spałam ;]

11:46, pusta_literatka
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 czerwca 2007
biedronka, ach biedronka, czyli niezamierzona promocja.

Do dyskontu wybrałam się z mamą celem hurtowych zakupów: 50 wafelków kokosowych, 50 paczek sezamków i 50 soków w kartonikach z okazji spóźnionego dnia dziecka na jakiś festyn rodzinny. Przy okazji chciałyśmy do domu kupić zgrzewkę wody mineralnej marki Staropolanka, gdyż tylko taką pijamy i nie chodzi tu bynajmniej o patriotyzm lokalny. A może właśnie o to chodzi? Nieważne. Okazało się wówczas, że nie ma. Jest kilka wód za 79 gr. i markowa z Żywca!

W mieście produkującym Staropolankę sprzedaje się na litry wodę żywiecką! No litości! Dość głośnym tonem skrytykowałam sztab marketingowy biedronki, pojechałam po szefie, tym głośniej im bardziej zbliżałyśmy się do pracownika na wózku, co takimi widełkami wyrzucał zgrzewki mleka z logo biedronki.

Idziemy do kasy, ale ponieważ na nasze zakupy potrzebna jest mamie faktura, więc trzeba udać się do kierownika sklepu. Pani w kasie nie jest upoważniona do wydawania tak poważnych dokumentów. Mama z koszem pojechała do bagażnika, ja idę do kierownika. A kierownik to pan z wózka widłowego. Upsss.

Zaprosił mnie do swojej kanciapy, sporządza fakturę, ja stoję cicho. Bo co mam niby robić? Przeprosić go?

Kątem oka widzę, że na fakturze nie zgadza się ilość sezamków. Uprzejmym już tonem zwracam panu KIEROWNIKOWI uwagę i proszę o korektę, gdyż na tej podstawie mama będzie się rozliczać i wolałaby nie dopłacać do interesu.

Pan KIEROWNIK po oględzinach paragonu i faktury przyznał mi rację, po czym zainicjował dialog, wracając do wydarzeń z samego sklepu.

- słyszałem uwagi pań odnośnie Staropolanki.

- nnno takkk /jąkam się/, przyzna pan, że to trochę dziwne, żeby wspierać konkurencję, mając pod nosem lokalny, bardzo dobry produkt.

- nnno takkk /zająknął się pan KIEROWNIK/, dało mi to dużo do myślenia, dziękuję.

- proszę bardzo.  A skoro już przy uwagach jesteśmy, to proszę zrobić porządek w cenach na słodyczach. Straszny tam misz-masz /mówię już płynnie, uśmiechając się do pana KIEROWNIKA, który na moje oko jest ode mnie młodszy/

- o, dziękuję bardzo. Widzi pani, pracowników nam brakuje, a człowiek sam nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć. Już wózkiem zacząłem jeździć. /po chwili namysłu/ A może pani by chciała?

- jeździć wózkiem?! /pytam, bo nie wiem/

- nie, nie, przepraszam, źle zabrzmiało /mówi zażenowany/. Pracować u nas, na wakacjach, bo pani pewnie studentka. (pfff, jeszcze pewnie studentka ekonomii o kierunku ekonomika przedsiębiorstw - w duchu myślę. Bo studentka filozofii to już nie wpadłaby na takie roszady marketingowe)

- nie, nie jestem studentką. Już nie jestem /dodaję/  A tak z ciekawości, to w jakim charakterze?

/pan KIEROWNIK naprędce szuka dla mnie w głowie wakatu/  - No wszędzie po trochę. Na kasie, przy towarze, ale głównie tu /zachęcająco stwierdza/

Wzięłam tę fakturę i pognałam do auta.

W domu okazało się, że na fakturze jest błąd z tymi sezamkami. Pan KIEROWNIK nie poprawił, albo nie umiał.

Może ja tam wrócę?

A nuż pan KIEROWNIK zaoferuje jeżdzenie tym wózkiem, na co w duchu najbardziej liczyłam.

W tak zwanym wolnym czasie będę jego muzą.

Za  699 zł.

Brutto.

12:44, pusta_literatka
Link Komentarze (11) »
środa, 13 czerwca 2007
drzwi otwarte.

Flygymutra vel dr Wilczur napisał:

"Na mojego bloga wchodzi dziennie około dwadzieścia osób... połowa z nich to ja, więc wchodzi około dziesięciu". Heh, rozbawiło mnie to zdanie swoją szczerością do łez, ale też kazało luknąć w moje osobiste statystyki. Sama bowiem zaglądam w nie naprawdę rzadko, pewnie z powodu wrodzonej antypatii do liczb wszelakich. I tak parafrazując Flygiego, Flygymutrę, Flygymutra (kurna, co za nazwa!) ;)

Na mojego bloga wchodzi dziennie około osiemdziesięciu osób... trzy do sześciu z nich to ja, więc wchodzi około siedemdziesięciu pięciu. Ale nie w tym rzecz, żeby się tu przechwalać cyframi. Dla mnie cyfry są fe, co dowiodłam podczas całej swojej edukacji, przypieczętowując na świadectwie maturalnym jedyną ocenę mierną z matematyki właśnie, która to poważnie zabruździła w wizerunku tegoż dokumentu!

Dalej Flygy pisze:

"Ktoś może powiedzieć, że w świecie blogowym to mało, ale jak pomyślę, że miałbym wydrukować któryś z moich wpisów i wejść z nim do pokoju, gdzie siedzi te osiem osób (bo właśnie sobie przypomniałem, że dwa razy jeszcze wchodziłem) i przeczytać to na głos, popatrzeć prosto w oczy i być może wytrzymać pełną troski i zdziwienia ciszę, to dochodzę do wniosku, że raczej nagrałbym to na magnetofon i poprosił o odsłuchanie tego podczas mojej nieobecnośći" (i tu mnie dziwi skromność, bo facet ma łeb na karku i pisze naprawdę dobrze)

Piszę o tym, ponieważ parę dni temu poczęstowałam adresem mojego bloga kilka znanych mi prywatnie osób. Dosłownie dziewięć (wcześniej wiedziały tylko dwie) Przy czym wybór był przemyślany. Nie kierowała mną żądza pochwał i zachwytów nad moim wrodzonym grafomaństwem. Raczej szczerość i sprawiedliwość. Bo skoro szastam (bardzo wybiórczo) moimi myślami i przygodami wśród nieznanych mi kompletnie ludzi, to w czym problem, aby wiedzieli o tym ci, którzy mnie znają osobiście. To oni, czytając, mogą zweryfikować moją powierzchownie ułożoną postać z infantylną blogowiczką, którą trudno posądzić o przyhajcowanie włosów na gazem, przyhajcowanie tyłka w solarium, nocne zgagi, poranne mdłości i inne przypadłości, o próżności!

Mam nadzieję, że otwierając lekko skrzypiące, nienaoliwione, za to bogato zdobione modernistycznym szlaczkiem wrota graciarni, nie stracę kawałka siebie. Że nie ograniczę się w swoich dywagacjach kurtuazją i taktownością.

Na razie jest dobrze. Jest jak przed, więc nie róbmy dziejowego przełomu.

A jak podskórnie poczuję, że moje wpisy stają się nudnymi popłuczynami po Modrzejewskiej, Mniszkównie czy innej Rodziewiczównie to zamknę interes.

I zacznę publikować w "Gościu niedzielnym".

 

10:43, pusta_literatka
Link Komentarze (18) »
wtorek, 12 czerwca 2007
nowy dyzajn, że się tak fonetycznie wyrażę.

Nie mnie się należą brawa, jeno Taishy. Ja tylko koncepcyjnie wsadziłam swoje pięć groszy, cała przeprawa z tym ustrojstwem CSS-owym leżała w gestii wyżej wymienionej.

Za co serdecznie dziękuję i przepraszam za marudzenie. Zdawkowe, ale pewnie irytujące ;)

Z poważniem wybiórcza_pedantka.

P.S. Co niektórzy chyba już gdzieś tę kieckę z knigami w barłogu widzieli, hę?

12:34, pusta_literatka
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 11 czerwca 2007
"wypijmy za błędy"

Najpierw o sobotniej gali "Szansy na sukces" będzie. Pan Mann błyskotliwy, może dla niektórych ciut bezczelny, ale mnie ten humor bawi. Część uczestników, wytypowana przez gwiazdy (co ważne!) do publicznego występu w kongresówce nie do końca radziła sobie z repertuarem, który znać powinna.

I tak się zastanawiam czy przypadkiem w regulaminie programu nie jest zastrzeżone, aby każda gwiazda miała swojego osobistego błazna, co wyjdzie, z kretesem przegra potyczkę słowną z panem Mannem, jeszcze gorzej zaśpiewa, za to rozbawi publiczność do łez. Co też uczyniła starsza kobiecinka reprezentująca Urszulę. "Ja płaczę co noc" w jej wykonaniu rzeczywiście zabrzmiało jak swoisty skowyt obdzieranych ze skóry emerytek przyparafialnego chóru "Ciebie Mario wysławiamy". 

Największym luzem wykazał się przystojniak godnie reprezentujący Wilki.  Stanął przed dwutysięczną publiką z karteluchą, bo nie znał słów "Baśki", po czym w połowie utworu, gdzie już się mocno zapętlił, wziął i zszedł ze sceny.

A teraz  toptrendy poświęcone jubileuszowi twórczości Jacka Cygana. Tam wpadek wokalnych nie przyuważyłam, pewnie dlatego, że śpiewali profesjonaliści. Ale uderzyła mnie polsatowska komercja. Przez cały program można było słać życzenia jubilatowi a przy okazji swoim bliskim w postaci sms-ów za jedyne 4,88 zł z vat i te życzenia przewijały się w dole ekranu przez cały koncert, zdrowo rozpraszając zasłuchanych widzów.

Na scenie Grażyna Łobaszewska z przepięknym, ponadczasowym "Czas nas uczy pogody", a pod spodem zaiwaniają życzonka i życzoneczka dla  perełek, żoneczek, mężusiów, wnuczusiów, koteczków, misiów, pysiów, A w każdym życzonku obowiązkowo jeden byczek. Tfu, byk aż w oczy raziło!

Słusznie więc sam jubilat napisał kiedyś "Wypijmy za błędy, za błędy na górze".

Błędy, które popełniła góra, wylazły dołem, niestety.

Zupełnie jak w polityce.

08:51, pusta_literatka
Link Komentarze (7) »
piątek, 08 czerwca 2007
ładne kwiatki, czyli kleptomania bożocielna.

Procesje pokochałam od dnia, w którym mogłam w niej brać czynny udział w charakterze dziecka sypiącego kwiatki. Matko, jaka byłam wówczas dumna. Odziana w białą sukienkę pokomunijną, a potem porocznicową, opleciona wiankiem suto przybranym mirtem, białe, za ciasne lakierki, ale ojtam i kosz aromatycznych, subtelnych płatków własnoręcznie i z mamą uzbieranych na okolicznych łąkach. 

Ot Anioł w czystej postaci. I Anioł ten szedł w towarzystwie innych Aniołów od ołtarza do ołtarza, garściami sypiąc pachnące kwiatki. A gdy zabrakło mu swoich i nie było w pobliżu takiego dyżurnego wózeczka z kwiatkami, z którego można było się bez krępacji częstować, to Aniołek podbierał dyskretnie garstką z koszyczka innego Aniołka.

Bez cienia wyrzutów szedł dalej, rzewnie oddając śpiewem cześć całej rodzinie bożej.

_________________

I jeszcze o formułce procesyjnej. Bo dla niewtajemniczonych dodam, że kwiatki nie sypało się w dowolnym momencie. Mówiło się: "święty święty, Pan Bóg Zastępów" i równo na słowa "Pan Bóg" rzucało kwieciem pod nóżęta.

Ja byłam święcie przekonana, że stało "Pan Bóg Zastępczy". Dziwiło mnie to troszkę, zaburzało zdobytą wiedzę biblijną, nurtował ów pan Bóg (bo niby co się stało z tym prawdziwym?), ale przyjęłam to jako pewnik, nie prosząc nikogo o naświetlenie mi prawdy.

O tym, że jest inaczej dowiedziałam się całkiem niedawno.

Oto słowo boże.

10:26, pusta_literatka
Link Komentarze (17) »
środa, 06 czerwca 2007
wraca baba z apteki. na bis*

Do lekarza trafiłam właściwie z marszu. Nie powiem. Obługa profesjonalna, podejście do pacjenta, czyli mnie rzetelne, kwotę 80 zł. (słownie osiemdziesiąt złotych) uiściłam i z plikiem recept pognałam do apteki. Stamtąd wyszłam  lżejsza o 110,50 zł. (słownie sto dziesięć złotych pięćdziesiąt groszy!) i cięższa o jedną malutką firmową reklamóweczkę z zawartością 3 (słownie trzech) leków.

W domu przed łyknięciem zalecanych medykamentów siadamCiJa do ulotki a tam, co następuje:

"Mogą wystąpić objawy alergiczne, w szczególności reakcje nadwrażliwości skórnej.

W kilku przypadkach wystąpiła skaza krwotoczna o charakterze punkcikowatych wybroczyn, tworzenie się krwistych wybroczyn i małych tworów połączonych z powikłaniami naczyniowymi.

Rzadko występowały objawy takie jak obrzęk twarzy, języka, gardła, krtani, ta-chy-kar-dia , duszności oraz groźny wstrząs

Obserwowane także przypadki zaburzeń układu nerwowego, np. bóle głowy, zakłócenia snu, bezsenność, koszmary nocne , chwiejny chód, drętwienie kończyn, zaburzenia wzrokowe takie jak podwójne widzenie i nieprawidłowe rozróżnianie kolorów, zaburzenia czucia, smaku, węchu oraz halucynacje i reakcje psychiczne takie jak uczucie zmęczenia, napięcia i depresja

Odnotowano też nieliczne przypadki zmian w obrazie krwi, przejściowe podwyższenie poziomu enzymów wątrobowych i/lub poziomu bi-li-ru-bi-ny w surowicy.

Mogą wystąpić objawy żołądkowo-jelitowe, utrata apetytu, mdłości, wymioty, biegunka"

Na końcu notka mająca chyba na celu pocieszenie pacjenta "Analiza danych wykazuje, że działania uboczne preparatu mogą być zniesione poprzez jego odstawienie" <a to ci nowina! myślałam, że to już tak zostaje dożywotnio, czyli niedługo po zażyciu!>

I teraz nie wiem, co robić?!?! Łykać i od razu zarejestrować się do wszystkich specjalistów widniejących na tablicy informacyjnej prywatnej przychodni? Kolejność lekarzy  zasadniczo dowolna, bo skąd mam wiedzieć, czy najpierw stracę wzrok czy równowagę?

A równowaga przyda mi się na pewno, gdy w drodze do kolejnego pana doktora dostanę przewidzianej w ulotce biegunki.

Wówczas łapiąc pion, chwycę się krzakUFFFF :)

________________________

*na bis, bo per Owsianko wylukał.

________________

10:48, pusta_literatka
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 04 czerwca 2007
kanon lektur, czyli MEN-talne zubożenie.
"Nieprzeczytanie książki jest, rzecz jasna,  jednym ze sposobów osądzenia jej" - powiedział kiedyś Gombrowicz.

Biedak nie przewidział wówczas strącenia "Ferdydurke" z panteonu lektur. Nikt zresztą z istotnych pisarzy minionych epok nie przewidział swoich osobistych klęsk. Ani Dostojewski, ani Goethe, ani Kafka, ani Conrad, ani cała reszta mistrzów pióra.

Nie zmieścili się na liście pana Romana, gdyż - jak słusznie zapewnia minister - "wszystko się na niej zmieścić nie mogło".

Grunt, że zmieściły się dwie pozycje papieskie: "Pamięć i tożsamość" i " biograficzna powieść "Wujek Karol. Kapłańskie lata papieża", oraz kilka innych "powieści krzewiących przyjaźń, odpowiedzialność za drugiego człowieka, a także zawierających wiele treści poznawczych, m.in. z geografii, historii, przyrody", jak uzasadnia szacowne gremium ministerialne.

Zatem jeśliby pójść tropem myślenia twórców zmian, to do listy należałoby dopisać za moją sugestią:

  • "Życie seksualne dzikich" Malinowskiego (przyjaźń, odpowiedzialność za drugiego, geografia, przyroda)
  • "Gringo wśród dzikich plemion" zamiennie z "Rio Anaconda" Cejrowskiego (te same zalety, co pozycja wyżej)
  • "Biografię Carycy Katarzyny" Serczyka (przyjaźń, historia, przyroda)
  • "Grzyby jadalne i niejadalne" Bossowskiego /broszura krótka, acz treściwa/ (przyjaźń, odpowiedzialność za drugiego człowieka, geografia, przyroda)

I jeszcze słowo o kolejnym poszkodowanym. Pan Witkacy zniknął, bo fuj, ble, ohyda! Obrazy jego pędzla epatują brzydotą, w "Szewcach" klnie jak szewc z furmanem razem wzięci a "Niemyte dusze" już samym tytułem odpychają kwiat młodzieży polskiej. Do tego morfinista i samobójca.

I prorok, jak się okazuje. Sami przeczytajcie:

"Jak słucham waszych rozmów, to myślę sobie: czy warto, aby mędrcy, prorocy i artyści trudzili się dla takiej bandy, dla takiej ohydnej miazgi zgniłych robaków? Widziałeś więzienny klozet? Zupa z żywym wermiszelem! To samo mam wrażenie patrząc na was, moi panowie. I to są szczyty ludzkości! Pożal się Boże!"

Witkacy, cytat z dramatu "Gyabal Wahazar", rok 1921

14:40, pusta_literatka
Link Komentarze (10) »
niedziela, 03 czerwca 2007
rosół z Radomia made in China.
Czy jak ktoś idzie do sklepu spożywczego celem zakupienia sobie zupki chińskiej z Radomia, po czym spożywa ją z wielkim apetytem, mając w lodówce zdrowy rosół domowej roboty ze swojskiego kuraka to ten...

jest z nim źle?

Bo nie wiem, czy się już o siebie zacząć martwić czy jeszcze nie?

P.S. Za czerwoną_torebkę to jeszcze raz przepraszam. Choć umówmy się, ja Tinkiemu z tą torbą nie kazałam publicznie paradować ;)

<w ramach rozgrzeszenia poszła czytać "Dzienniki" Gombrowicza>
19:21, pusta_literatka
Link Komentarze (4) »
piątek, 01 czerwca 2007
o dziecku w dniu dziecka.

Wczoraj z JeszczeNieMężem byliśmy u alergologa. Pech chciał, że pani specjalistka od chorób sienno-astamatyczno-skórno-wysypkowych jest też pediatrą. W poczekalni dzieci więc było sporo. Koło mnie usadowiła się młodziutka mama z 4-letnią dziewczynką (wiem, bo luknęłam w kartę). Po 2 godzinach czekania efekt był taki, że znudzona dziewczynka (bo mama nie zamieniła z nią ani jednego normalnego słowa za wyjątkiem karcenia) spryskała mnie niechcący sokiem pomarańczowym z butelki z ustnikiem, solidnie skopała me łydki to wchodząc, to zeskakując z siedzenia i okaszlała me lica chyba z każdej możliwej strony. Bo, że zatyka się buzię przy kasłaniu to mama jej nie wpoiła. Sądząc po mamie, to niewiele jej wpoiła, niestety.

I tak sobie teoretyzuję, że może takiemu dziecku w poczekalni powinno się zapewnić jakąś rozrywkę. Bajki, klocki, puzzle, basen z kulkami. Wiem, wiem, niehigieniczne to, że takie wspólne i w ogóle. Ale lepsze niż wszędobylskie bobo prychające i traktujące z buta niewinnych, równie schorowanych jak ono pacjentów.

Jak macie dzieci, to uczcie je. Wszystkiego po trochę. No, może nie od razu chińskiego czy układu pierwiastkowego Mendelejewa, ale kultury tak zwanej osobistej.

Nie macie dzieci, to się o nie postarajcie ;)

Dziś wymądrzałam się ja, pusta_literatka.

P.S. Dziewczynka miała ze sobą maskotkę: szaro-różową myszę w takich niby okularach. Dziewczynka nosiła okulary i też była odziana w ciuszki szaro-różowe. Do tej pory mnie nurtuje czy to celowe ze strony gustownej mamy czy czysty przypadek. W każdym razie wyglądało prześmiesznie, przez co zmuszona byłam opuścić poczekalnię parę razy z uwagi na napad zupełnie niekontrolowanej głupawki.

Raz mojej, raz JeszczeNieMęża.

19:23, pusta_literatka
Link Komentarze (8) »
dodajdo.com Najlepsze Blogi