Wyprzedaż faktów i konfabulacji. Hurtowa, detaliczna, na wagę i w szczapach. Zwrotów nie przyjmujemy. Za wyjątkiem wyjątkowej niestrawności. Przewidziane gratisy.
niedziela, 29 lipca 2007
wieści portowe.

Mówiłam, że chcę nad morze, tak? No to jestem! ;) <juhhuuu> :)

Start w Międzyzdrojach, potem Dziwnów, Rewal, Kołobrzeg, aktualnie Ustronie Morskie.

Biegam za słonkiem, stawiając opór wiatrom. Bo wieje tu nieprzeciętnie! Żywię nadzieję, że podczas apogeum w skali Buforta nie wyrwie mi co istotniejszych części ciała.

W Bałtyku nie odmroziłam sobie jeszcze nóg.

Pewnie tylko dlatego, iż brodzę w podkolanówkach ;)

Acha i pytanie mam: czy gdy na plaży wyjątkowo niemiło pachnie rybami, to oznacza zbliżający się sztorm czy po prostu wyjątkowo urodzajny wysyp halibutów?

21:35, pusta_literatka
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 23 lipca 2007
petycja.

Chcę nad morze!

Dość mam zapachu bryzy z Lenora!

12:24, pusta_literatka
Link Komentarze (8) »
niedziela, 22 lipca 2007
zagadki świata.

Atmosfera holocaustowa zelżała. Została ciekawość, którą od piątku zaspokajam fachową literaturą. Tak już mam. Zaszczepiona tematem - muszę poznać zagadnienie bliżej. Choćby kosztem zdrowia.

Tak było z Nostradamusem. W głebokim ogólniaku tak zaraziłam się jego proroctwami, że przeczytałam w ciągu tygodnia wszystkie albumowe wydania przepowiedni tego pana. Po wnikliwej lekturze nastąpił psychodeliczny czas dopatrywania się przeze mnie znaków końca świata. W smugach na suficie, w błotnistych kałużach, w liniach papilarnych dłoni własnej.

A dziś we Francji ludzie zginęli podczas pielgrzymki! 

Po takich wieściach znów mieszają mi się pojęcia.

Jak małemu dziecku.

17:06, pusta_literatka
Link Komentarze (4) »
piątek, 20 lipca 2007
Auschwitz-Birkenau.

birkenau 

Na temat obozu w Oświęcimiu napisano setki książek, rozpraw, artykułów. Nie zamierzam więc stworzyć kolejnego wypracowania pt. Ludzie ludziom zgotowali ten los, ponieważ nic odkrywczego nie zawarłabym w nim. Kto czytał literaturę łagrową, a przede wszystkim, kto był w tym miejscu, ten zna gorzki posmak wycieczki. 

Ja byłam po raz pierwszy.

Najadłam się historii za cenę refleksji...

21:21, pusta_literatka
Link Komentarze (7) »
środa, 18 lipca 2007
bezkrólewie.

Dziś powrót przyszłych teściów. Dziwnie się czeka, wiedząc o porannej katastrofie lotniczej w Brazylii:

(http://wiadomosci.onet.pl/1574111,12,item.html)

JeszczeNieMąż to już w ogóle strach w oczach - naoglądał się "katastrof w przestworzach" na diskawery i solennie zarzekł, że już nigdy więcej nie poleci, dziwiąc się sobie, że wcześniej latał. Jeżeli zdania nie zmieni (a uparta cholera!), to szykuje nam się jesienią dwudobowa podróż samochodem do Irlandii.

Aż strach pomysleć, jak wymyślimy sobie wycieczkę do Ameryki Południowej. Na przykład na karnawał do Brazylii właśnie. Promem? Pół roku? Skonam na Falklandach! I tyle mnie w Rio zobaczą! 

Tak czy siak, M-5 lśni czystością: powymiatane, poodkurzane, pozmywane, pachnie kwieciem wiosennym z płynu do podłóg. Ziemniaki nastrugane, surówka sporządzona, filety poobijane, zupa kipi.

Kwiatki podlane. Pierwszy raz od 12 dni! Dla pewności podlałam też sztuczną palmę ;)

Panowanie w nie swoim domostwie skończone.

Za dwie godziny oddam berło.

Królowej matce ;)

A królowa matka wygląda tak:

pszczoła matka

15:29, pusta_literatka
Link Komentarze (9) »
wtorek, 17 lipca 2007
no jak mi Jahwe miły!

Ja sama w nie swoim domu, w swoim stroju kąpielowym. Wtem dzwonek do drzwi. Zwykle nie otwieram, ale akurat dziś JeszczeNieMąż przywlókł ze skrzynki garść listów i innych monitów pocztowych, prosząc, by listonosza wpuścić. Pospiesznie zakładam bawełnianą koszulkę w rozmiarze XL i gnam do drzwi, a za nimi przystojny, elegancki facet w stalowym garniturze (na dworze 30 w cieniu!), starannie ułożona fryzura, czarna teczka w ręku. Stoję jak wryta, pan stoi i pachnie. Intensywnie pachnie. Wtem przed nim wyrasta myszkowata pannica w szaro-burej garsonce i w raj-sto-pach, czarna torebka, czarny kry-ty but (na dworze 30 w cieniu!), kok i do mnie w te słowa:

- cześć (uśmiecha się przyjaźnie i wyciąga zapewne spoconą dłoń w moim kierunku), my tak chodzimy od drzwi do drzwi i omawiamy Słowo Boże, zastanawiąjąc się wspólnie z mieszkańcami nad życiem wiecznym.

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale zamiast powiedzieć coś w stylu: dziękuję, nie jestem zainteresowana, albo wyznaję inną wiarę, albo życzę miłego dnia i trzasnąć drzwiami, to ja palnęłam:

- przepraszam, ale ja tu nie mieszkam.

Przemówił pan:

- mieszkamy wszędzie, gdzie mieszka Bóg.

Na co ja, jak półgłówek, w rozciągniętej koszulce w dodatku:

- ale ja naprawdę w gościach jestem. - I po chwili: - a poza tym nie ma właścicieli.

Zamknęłam drzwi. Dla pewności przekręcając zamek dwa razy.

Czy asertywności można nauczyć się tak jak tabliczki mnożenia?

Na wyrywki.

12:40, pusta_literatka
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 16 lipca 2007
lato.

Obrotowy wentylator nie nadąża mnie schładzać.

Biegać wokół niego?

;]

19:09, pusta_literatka
Link Komentarze (8) »
niedziela, 15 lipca 2007
ja, Czartoryska...

Ten weekend był udany i obfity w treściach:

- mieliśmy gości ważnych i lubianych ogromnie: O. oraz M. (każde z innej parafii).

- mieliśmy kilka innych osób, które znalazły się w "naszym" domostwie dość przypadkowo, ale które dość szybko to samo domostwo opuściły. Tak wiem, niegościnni jesteśmy, aspołeczni i w ogóle książkę o savoir vivrze nam kupić w dwóch egzemplarzach ;] Niegościnność owa wynika prawdopodobnie z tego, że mnie już nie bawią samozwańcze imprezy pod tytułem: do najbliżej usytuowanej wolnej stancji każdy przynosi sześć puszek piwa i siedzimy do białego rana, znając się czy nie, śpimy potem pokotem pod jednym wspólnym kocem w szkocką kratkę a po śnie nie pamiętamy imienia współspacza. To już przerabiałam. Wielokrotnie. Dziękuję, wyrosłam. Teraz cenię kameralność i spokój. Choćby święty.

- byliśmy na plaży. Tak nie przymierzając namiastka Mazur, na których nie byłam nigdy w życiu, ale dostawałam widokówki z pozdrowieniami, to wiem! Tam też moczyliśmy nogi do kostek, huśtaliśmy się na huśtawkach, spacerowaliśmy wokół jeziora i w ogóle było letnio-wakacyjnie, co podkreślał zapach ryb ze smażalni i muzyka chodnikowa spod każdej budki jedzeniowej wespól zespół z reggae (bo tam jakiś festiwal się odbywał).

- piliśmy, a jakże.

- żubry widzielim z daleka i źrebaki z bliska. Wiadomo, żubr wieczorem podchodzi bardziej, a to wczesne popołudnie było.

- przechadzaliśmy się królewskim gościńcem.

- zwiedzaliśmy siedzibę Leszczyńskich i Czartoryskich, co przy dzisiejszych upałach było zbawienne dla organizmu, w komnatach królewskich bowiem panował chłód. Z przewodnikiem, który na wydechu, jednostajnie i nużąco opowiedział historię rodów, toteż nie wszystko usłyszałam i nie wszystko do mnie dotarło. Tamże ujrzałam się w 400-letnim lustrze, przeszłam przez kilka hebanowych bogato zdobionych drzwi, a także zakochałam się w biurku i krześle z XVII w. i takie właśnie w przyszłości chcę!

Przy takim mebelku to i wena bardziej ruchliwa i aż strach pomyśleć, co ja bym tutaj wypisywała. Ech, wtedy nocami, przy blasku księżyca, odziana w złoty szlafrok w etruskie wzory pisałabym opasłe memuary, by po skończonej pracy udać się na zasłużony spoczynek do łoża wielkości hangaru, koniecznie z ciężkim baldachimem.

Z baldachimem nade mną i wówczas JużMężem.

We mnie.

23:54, pusta_literatka
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 lipca 2007
gastrycznie i enigmatycznie.

Wieczorem się podtrułam. Nie wiem czym, może tym, co pichcę w wolnych chwilach. W każdym razie źle było ze mną. Jako antidotum zastosowałam krople żołądkowe (stołowa łycha cukru z 15 kroplami).

Dopiero po jakiejś godzinie okazało się, że to, co łyknęłam, to nie żołądkowe były...

Gdy JeszczeNieMąż mocno dociekał: "którą buteleczkę wzięłaś, kochanie?", to mu pokazałam, żeby się odczepił.

WALERIANA! (nawet po łacinie podali Valerianae Tinctura).

Działanie: łagodnie uspokajające, usuwające stany napięcia, zwiększające skłonność od snu.

Taaaa, już teraz wiem, dlaczego mnie tak zmogło podczas projekcji filmu, jaki sobie włączyłam podczas dolegliwości.

"Piknik pod Wiszącą Skałą".

Wiem, że w takim stanie, mogłam sobie darować akurat ten tytuł, ale się uparłam. Pamiętam, że jako maturzystka oglądałam ten film kilka razy, a potem patrzyłam na świat nieufnie. Do dziś mi się to zresztą zdarza.

"Piknik..." ma naprawdę dziwny klimat. Powolny, rozlazły, liryczny, senny. Zawsze na nim zasypiam. Na chwilę. Kiedyś oglądaliśmy go kolektywnie. Nie uwierzycie, ale w którymś momencie budzę się, a całe towarzystwo śpi pokotem na dywanie. A może ten film to swoista hipnoza, w którą bardziej lub mniej świadomie wprowadzają nas eteryczne panienki z pensji pełnej rygoru i enigmy?

Bo ilekroć go oglądam, mistyka leje się po pokoju jak atłas.

11:22, pusta_literatka
Link Komentarze (16) »
czwartek, 12 lipca 2007
deficyt ciepła.

Lato było jakieś szare

i słowikom brakło tchu.

A metoda usta usta, drogie słowiczki?

Oj, odbija mi. Przez pogodę chyba, bo leje jak z cebra i po świeże bułki wychodzę w swetrze, katanie i mokasynach. Po powrocie wyglądam niczym po kąpieli w miejskiej łaźni i nurtuje mnie, gdzie zimniej: w domu, czy na dworze? Ja rozumiem, że sezon grzewczy zamknięty, że następny w październiku, ale może by tak przepalić lekuchno? Niech zawrzy w rurach, niech buchnie ciepłem zmieszanym z wonią świeżej farby na kaloryferze! Nie przewidziałam jesieni latem i dyżurne skarpetki z ró-żo-wej wełny babcinej roboty zostały w moim domu. Tak, są różowe. Wyboru kolorystyki dokonała babcia. Fasonu też. Od małego babcia raczyła mnie skarpetkami i rękawiczkami w groźnych barwach: wściekłe róże, ogniste czerwienie, rażące żółcie i seledyny. Żeby tak niebieskie czy zielone, nie! Strategię doboru kolorystyki babcia tłumaczyła tym, że dziecko musi być odziane barwnie. I było! Jak ara (taka papuga) ;]

Tak czy siak wełnianych skarpetek tutaj nie mam. Nie mam też JeszczeNieMęża, bo ten lata po okolicznym stadionie i szkoli kadrę lekkoatletów, a po powrocie do domu rzeczowo stwierdza: "mi jest gorąco" i mokry od tego latania bierze let-ni prysznic! Mam za to carlsberga, co się cudem ostał z wczorajszej imprezy. Mam i nie zawaham się go użyć.

Postać grzana z sokiem malinowym i szczyptą cynamonu.

Sezon grzewczy uważam za otwarty!

Psssyyyyt.

___________________________

P.S. A ten sok malinowy to "Dar lata". O, ironio! ;]

19:33, pusta_literatka
Link Komentarze (6) »
środa, 11 lipca 2007
kuchnia polska.

Wieczór, grubo po 22.

- co robisz? kolaaację?!

- nie, obiad.

- na jutrooo?

- nie, na pojutrze.

Takie dialogi można usłyszeć, proszę Państwa w naszym domostwie. Bo my są sami na włościach i co za tym idzie, godnie pełnię rolę pani domu i kury domowej (dwa w jednym). Tak się przejęłam swą funkcją, że gotuję obiady z dwudniowym wyprzedzeniem i jak tak dalej pójdzie, narobię kompotów, dżemów i innych powideł na zimę. Rozważam też opcję ukiszenia ogórków, natenczas nie znam proporcji ogórków w stosunku do kopru oraz kopru w stosunku do czosnku. Że już o liściach chrzanu nie wspomnę.

Póki co przestaję chrzanić ;]

Dobranoc.

poniedziałek, 09 lipca 2007
be or not to be, czyli gdy elokwencja zawodzi.

Zawisłam na głównej i nie wiem, co powiedzieć.

Zawisłam w towarzystwie Głosu Rydzyka z autorskim uzupełnieniem: dla fanów Radia Maryja. O, Maryjo!

Tym bardziej nie wiem, co powiedzieć ;]

Podobnie jak nie wiem, co powiedzieć pewnemu znajomemu Anglikowi, który gości u nas od wczoraj. Kurtuazyjne zwroty, zdania pojedyncze średnio złożone i przyklejony do gęby uśmiech, eksponujący moje uzębienie w pełnej krasie przestaje działać. Help! Hilfe! S.O.S!

Bo ja taka wygadana jestem tylko po polsku!

A zaraz wyjdę z siebie!

Po angielsku.

23:42, pusta_literatka
Link Komentarze (3) »
sobota, 07 lipca 2007
ach te daty, czyli ślubne dylematy.

Empik to miejsce, do którego zdecydowanie nie należy mnie wpuszczać. Już przy bramce wejściowej powinno pipkać. Nie wiem, co mogłoby drażnić owe pipkadełka podczas wejścia mojej osoby. Może srebrne plomby w górnych siódemkach? Bo implantów nie mam. Silikonu też nie. Mam brylanta jednego malutkiego w zaręczynowym, ale to nie działa. Sprawdzałam.

Skoro tak już przy zaręczynowym jestem, to powiem krótko. Gapy z nas! (ze mnie i z JeszczeNieMęża znaczy). Jak można było nie załatwić kościoła i sali z balonami na dziś?! No jak?! Skoro dziś data: 7.07.2007. Wszyscy hurtowo biorą śluby, ot taki kościołowy ruch wahadłowy, bo szczęście gwarantowane jest odgórnie. Nie trzeba się zbytnio potem starać - trzy magiczne siódemki wniosą miłość w pożycie małżeńskie równocześnie z przeniesieniem pani młodej przez próg. No na miły Bóg!

Nawet gdybyśmy chcieli mocno poigrać z losem i wyprawić huczne weselicho pod znakiem satanistycznym z trzema szóstkami w tle, to i tak po ptokach. Bo 6.06.2006 już minął. Wobec powyższych dylematów data naszego ślubu stoi pod wielkim znakiem zapytania. Może jakieś sugestie? Koniecznie wiążące i z zabobonem w tle. Nie wiem, może w jaką rocznicę? Lotu Łajki w Kosmos, odkrycia polonu przez Skłodowską, pierwszego przemówienia Gomułki?

A wracając do empiku, nie powinno mnie się tam wpuszczać, albowiem ja tam wszystko chcę. I siedzę, i wertuję, i zczytuję, i kalkuluję czy jak dokoptuję do tej wieżyczki na ladzie jeszcze jedną malutką książeczkę, to będę miała wyrzuty. Albo co gorsza, czy JeszczeNieMąż nie popędzi z reklamówką makulatury w diabły i znajdzie sobie żonę afirmującą li i tylko "życie na gorąco" za jedyne 2,50.

Wówczas dylemat magicznej daty ślubu przestanie istnieć ;]

21:59, pusta_literatka
Link Komentarze (14) »
piątek, 06 lipca 2007
historia z samoopalaczem w roli głównej.

Nie wiem, jak u Państwa, ale u mnie każda próba wyjścia z domu kończy się opadem atmosferycznym. Obfitym. Aż mi w japonkach chlupie! Pewnie, że mam parasolkę. W bocznym schowku samochodu. Nie noszę przy sobie, gdyż boję się, że znowu zgubię. Ot taka przezorność w kobiecym wydaniu.

Ciało mi blednie, po samoopalacze nie mam odwagi sięgnąć. Raz sięgnęłam. Porażka. Wyglądałam jak salamadra plamista. A za dwa dni szykował się wyjazd na wesele. Co robić?! Co robić?! Tarłam się wszystkim. Tarłam, nie darłam. To znaczy darłam się też, podczas tarcia pumeksem na przemian z peelingiem gruboziarnistym. Bolało i mało skuteczne było. Odradzam.

Kuzynka, co także zapragnęła być mahoniowa na tymże weselu (a wesele w lutym!) użyła środków bardziej drastycznych, bo do karnacji ciemnej, podczas, gdy biała jest jak przebiśnieg. Cała w smugach wertowała wszystkie poradniki domowe, panie domu i inne tiny. Jest! - oznajmiła do telefonu. Musimy plamy wywabić kwaskiem cytrynowym. Matko, jak piekło! W efekcie w miejscach plam, pojawiły nam się rany otwarte. Przyozdabiając poobdzierane ciała wytwornymi sukniami z szeleszczącej tafty, pojechałyśmy na wesele.

Siejeje, siejeje, sie je je, siejeje! - bo to hit wesela był! ;]

15:08, pusta_literatka
Link Komentarze (8) »
środa, 04 lipca 2007
statystyki bloxowe.

Zamontowałam sobie księgowego, co mi zlicza wizyty, ale też dokonuje różnych innych zapisków: skąd kto do mnie po co i na co? Zaciekawiona głównie przekierowaniami z google (bo to istne kwiatki) czekam i oto na dzień dobry fraza, dzięki której ktoś znalazł się u mnie: życzenia dla emerytki.

Hmm, ja rozumiem, że graciarnia to tytuł bardzo sugestywny, ale że aż tak?! ;)

Co poza tym?

Odpoczywam.

Podczas gdy pogoda żartuje z nas wszystkich.

 

19:39, pusta_literatka
Link Komentarze (13) »
wtorek, 03 lipca 2007
bloxowe spotkanie 2007.

Na blogach wszyscy o spotkaniu bloxowym, jakie miało miejsce w Warszawie w piątek, 29 czerwca 2007. To ja też. Krótko.

Nie wiem, jak było, gdyż mnie nie było ;)

I tu anegdota. Mój kuzyn, charakteryzujący się niemałym sprytem, ale też dziecięcą szczerością, będąc w IV klasie podstawówki, miał za zadanie domowe napisać notatkę z minionej lekcji religii.

Temat: Baranek paschalny.

Kuzyn napisał: Nic nie słyszałem, bo był hałas na lekcji.

;)

18:00, pusta_literatka
Link Komentarze (6) »
niedziela, 01 lipca 2007
spóźnione, lecz szczere.

Fro chce wywlec na światło dzienne moje nałogi. Za opieszałość przepraszam, ale nie dało się ni cholery wcześniej. Oto uzależnienia pustej:

1. Internet. 

W pierwszej kolejności wiadomości na gazecie (to moja strona startowa), w drugiej blog (swój i kilka innych), w trzeciej ulubione strony literackie, potem już raczej bez strategii: allegro (często bez celu), strony z modą i urodą - zdarza mi się godzinami oglądać suknie ślubne, mimo iż za mąż póki co nie wychodzę, bukiety ślubne, wszelkie kafeterie, strony z rękodziełami typu wylęgarnia (kolczyki, wisiory, puzderka, torebki, kosmetyczki). Najrzadziej sprawdzam pocztę - co parę dni. Gadu gadu nie używam prawie wcale. 

Reasumując nałóg, gdy na monitorze wyświetla mi się magiczne: "nie można wyświetlić strony" i tak przez kilka dni, nie jem, nie piję, klnę, staję się agresywna, z wściekłości objadam wszystkie juki z maminej kolekcji ;)

2. Komórka.

Zwykle przy tyłku w kieszeni. Zastępuje mi zegarek i kalendarz. Rozładowana, bez możliwości szybkiego naładowania, doprowadza do szewskiej pasji.

3. Książki.

Są takie pozycje, które mimo iż przeczytałam, nie mając na własność, muszę kupić. Tak było m. in. z "Mistrzem i Małgorzatą", "Zbrodnią i karą", "Ceną", "Dżumą", "Forrestem Gumpem", "Nędznikami", "Panią Bovary", której mam 4 różne wydania. Teraz poluję na "Trzech panów w łódce", w których się zakochałam bez pamięci, a których muszę oddać do biblioteki. 

Ponadto muszę na bieżąco wiedzieć o nowościach wydawniczych.

4. Kosmetyki. 

Będąc na zakupach, nie ominę rossmana, douglasa, sephory czy innej drogerii natury. Oczywiście nie zawsze coś kupuję, ale frajdę sprawia mi czytanie składów kremów i wąchanie balsamów. W eksluzywnych perfumeriach muszę się psiknąć testerem. Muszę! Inaczej nie wyjdę! Przeglądanie babskich pism zaczynam od nowości kosmetycznych.

Co za tym idzie kocham wszelkie katalogi typu avon, oriflame. Wertuję od początku do końca, od końca do początku, pocieram nadgarstki, szukam promocji. Zawsze coś sobie zamówię! Nie odpuszczę ;)

Aktualnie jestem u JeszczeNieMęża, oto co znajduje się w moim kuferku: 2 balsamy do ciała, 1 balsam do opalania, 1 żel chłodzący po opalaniu, 1 szampon, 1 odżywka do włosów, 1 maska do włosów, 1 olejek na końcówki, 1 mleczko do demakijażu, 2 kremy nawilżające do twarzy (na dzień i na noc), 1 krem odżywczy do twarzy, pół półtłustego na noc, żel chłodzący do stóp, antyperspirant w kulce, 2 perfumy, 2 kremy do rąk (reszta w torebkach), 13 próbek kremów, żeli pod prysznic, balsamów, fluidów - wszystko z gazet). Te rzeczy x2 walają się też w moim domu - nie zabrałam wszystkich mazideł, bo jak stwierdził JeszczeNieMąż "to osobówka, a nie tir".

Przy czym 2 poważne uzależnienia:

  • krem do rąk (tubka w każdej torebce). Suchość rąk to mania. Podobnie jak:
  • nawilżająca pomadka (sztyft w każdej torebce). Suchość ust to druga mania. Wariacji dostaję, gdy mam spierzchnięte!

Kosmetyczkę z kolorówką sobie odpuszczę. Powiem tylko, że z domu nie wyjdę z niepomalowanymi oczami. Nie wyjdę i już!

5. Wrocław.

Muszę co parę tygodni pobyć w tym mieście. Po prostu muszę! Czyli: pokonać trasę z dworca głównego ulicą Piłsudskiego a następnie Świdnicką do samego rynku, by ulokować swój tobół na Nożowniczej; oblecieć wszystkie galerie handlowe, rossmany i inne; odsiedzieć swoje w empiku, gdzie obstawiam się knigami różnych maści oraz czasopismami literackimi i babskimi; poparadować w tę i nazad po rynku; zaliczyć przynajmniej jedno miejsce z jedzeniem i jedno miejsce z piciem. 

Niemożność pobytu w tym mieście po kilku tygodniach wywołuje u mnie agresję zbliżoną do agresji opisanej w punkcie 1. Po tym pojawia się depresja - całodobowe patrzenie przez okno w siną dal ;P

Posiadam też nałogi okresowe:

  • scrabble - godzinami, dniami, nocami, po paru miesiącach pas na długo, i znów nawrót.
  • czipsy, słonecznik - dzień w dzień aż do momentu, kiedy poważnie mnie zmuli. wtedy odpuszczam sobie na dobrych kilka tygodni.
  • tran w kapsułkach - łykam, wierząc, że wzmacniam odporność, a gdy zachoruję, rozczarowana, zaprzestaję kuracji na jakiś czas.

Mam jeszcze jeden nałóg, ale o tym kuriozum kiedy indziej ;)

 

23:33, pusta_literatka
Link Komentarze (7) »
dodajdo.com Najlepsze Blogi